niedziela, 9 sierpnia 2015

Trochę o mnie i moich smakach dzieciństwa

Jak często wracacie do czasów dzieciństwa?


       Żar się z nieba leje. Wakacyjny półmetek za nami a u mnie myślowy Misz Masz. Trochę piszę, trochę piszą o mnie. Czasami jest to bardzo przyjemne i skłania do refleksji i przemyśleń życiowych.

          Jakiś czas temu w Kurierze Rolniczym ukazał się artykuł o mnie i moich smakach z dzieciństwa. I nie byłoby może w tym nic nadzwyczajnego,  gdyby nie to, że zostałam sprowokowana do bardzo ciekawej dla mnie podróży w czasie.








Wywiad się skończył, a mnie nasunęło się na myśl kilka pytań.
 Jaki wpływ mają na nasze życie smaki z dzieciństwa? 
A idąc dalej, czy i jaki wpływ mają zapachy, obrazy i inne doznania odbierane zmysłami?
 Temat – rzeka?
Ale rzeka ma też swoje źródeł i ujście….
 Hmmm, coś z tym muszę zrobić. Tym razem poczekam aż będzie chłodniej… :)





wtorek, 28 lipca 2015



W poszukiwaniu inspiracji...

Tym razem rowerem 

Lato w pełni. A ja już kolejny miesiąc kwitnę przed komputerem i piszę.  Chwile, które udaje mi się uszczknąć z dziennego harmonogramu są wielkości ziarenka maku. Moja Plantacja zarasta chwastem a moje pisanie przybrało postać ślimaka. I to takiego bez śluzu. (Bardziej obrazowo już się nie da.)
Poprawiam, wykreślam, dopisuję, przepisuję i tak w kółko. Kolejne kartki lądują w koszu na śmieci, a pliki w wirtualnym koszu na pulpicie. 
Nie wytrzymałam i któregoś upalnego dnia, dnia w którym palce przyklejały mi się do klawiatury a wyobraźnia topiła się jak czekolada " Milka" w ustach, rzuciłam wszystko i....

Cel : Stare Kolnie i okolice... organizator wyprawy - kolega Zygmunt


No cóż, z braku laku - pomyślałam. Wiocha jak wiocha, ważne, że się trochę rozruszam. A muszę powiedzieć, że uwielbiam jazdę rowerem. Od kilku lat jestem nawet członkiem sekcji rowerowej prężnie działającej w mojej miejscowości. I w miarę wolnego czasu chętnie wskakuję na siodełko, by z rowerową bracią przemierzać znane i nieznane szlaki. I nie byłoby w tym może nic nadzwyczajnego, gdyby nie powód mojej eskapady.


                                       Nastał czas, aby skończyć coś, co zaczęło się kilka lat temu.

Notoryczny brak czasu i za każdym razem inaczej usprawiedliwiana niemoc twórcza spychała moje marzenie na bliżej nieokreślone miejsce w hierarchii życiowych zamierzeń.





Jak nie teraz to, kiedy - pomyślałam. Nigdy nie będzie tego odpowiedniego czasu.
I tym sposobem jestem sobie na rowerowej wycieczce i rozglądam się za tą weną ladacznicą - niewierną.






Nie wiedziałam, że jest tak blisko. Wystarczyło wsiąść na rower i przejechać się po okolicy.
Kto by pomyślał, że niespełna dwadzieścia kilometrów dzieliło mnie od tak ciekawego miejsca?
O którym de facto nigdy wcześniej nie słyszałam.



Ta dziura w ziemi to wykopaliska, a czego? 
Tu cytuję Wikipedię, tylko dlatego, by niczego nie pokręcić. Tak zafascynowałam się tym tematem, że jestem w trakcie badań osobistych.


"W sąsiedztwie wsi, za rzeczką Stobrawą (w widłach Stobrawy i jej lewego dopływu Budkowiczanki) znajdują się ruiny – ślady przyziemia starego zamczyska Kolno. Zachowana wyraźne dolne partie donżonu. Była to strażnica – komora celna na rzece strzegąca granicy księstwa brzeskiego. Po 1317 roku książę brzeski Bolesław III przenosi komorę do Brzegu a samo zamczysko odsprzedaje w ręce prywatne. Nabywają je Biessowie, którzy później budują wygodniejszy zamek w Katowicach (Karłowicach). Po wojnach husyckich warownia Kolno podupada i pozostaje w ruinie do dzisiaj."


Na tym kopcu ziemi stoi osoba, która z taką fascynacją opowiadała nam o tym miejscu, że jeszcze teraz, pisząc te wspomnienia przechodzą mnie dreszcze.






Nie tylko ja byłam pod wrażeniem opowieści o tym, jak to znaleziono w tym miejscu ponad 2000 artefaktów, przeważnie średniowiecznego uzbrojenia z okresów walk o strażnicę...





Opowieściom nie było końca.
Nie przeszkadzał nawet trzydziestostopniowy żar lejący się z nieba.




Zrobiłam sobie małe wykopaliska internetowe i znalazłam min:





Zamek Kolno w Starych Kolniach


   W południowej części wsi pomiędzy rzeką Stobrawa i jej dopływem Budkowniczanką, znajdują się pozostałości starego zamku Kolno. Pierwsze wzmianki o nim pochodzą z roku 1317. Powstał zapewne w XIII wieku i był strażnicą strzegącą granic księstwa brzeskiego, jednocześnie pełniąc rolę komory celnej. Po roku 1317 książę brzeski Bolesław III przeniósł komorę do Brzegu. Zamek został oddany w prywatne ręce stając się własności rodu Beessów. Po przeprowadzce Beessów do Karłowic zamek Kolno podupadł. W XV wieku w czasie wojen husyckich został zrujnowany i nigdy go nie odbudowano.


   Obecnie w niewielkiej kępie drzew, na prawym brzegu rzeki Strobawy, zobaczyć możemy jedynie nikłe relikty dawnego zamku Kolno. Zachowały się niewielkie fragmenty kamiennych murów i ziemne wały. (http://www.zamkiobronne.pl/zamki-polsce/2086/300.html)




Czyż to nie fascynująca letnia przygoda?




 A do końca dnia zostało jeszcze sporo czasu, który spędziłam równie owocnie. Co rusz moja wena pojawiała się w najmniej niespodziewanych miejscach. A to przycupnęła na przydrożnym kamieniu, a to zaplątana w skrzydła motyla mocowała się z wiatrem.....


A to wskoczyła do czyjegoś plecaka by napić się wody lub innego orzeźwiającego napitku...




Przygrywała świerszczom na brzegu Stobrawy, razem ze słońcem malowała piegi na moim nosie...



                   Kocham ją za to, że potrafi pojawić się w najmniej spodziewanym momencie...



A jeśli się ma takich przyjaciół jak ja, wenę można znaleźć w sercu każdego z nich...

wtorek, 31 marca 2015

Ziarnko do ziarnka...

            Przed książkowo i po książkowo





          Zastanawiam się jak mało miałam czasu zanim wydałam tomik, i jak mało go mam teraz, gdy książka zaczyna żyć własnym życiem? Jaka byłam ja, gdy pisałam wydane wiersze, a jaka jestem po ich wydaniu? Mój wyimaginowany portret szczęśliwej pisarki legł w gruzach. Od jakiegoś czasu przestałam się czuć dobrze sama ze sobą. Rano patrząc w lustro zastanawiam się czy tam w środku osoby, którą widzę jest jeszcze dawna Danuta. Lekkość, z jaką przychodziło mi beztroskie, spontaniczne pisanie nagle gdzieś uleciała. Pisząc analizuję każde słowo; każda pojawiająca się myśl, nie jest już obłoczkiem, ale ołowianą kulą przykutą do mojej nogi. Nagle otaczający świat wlepia swoje oczy w moją postać. Analizuje i poucza, co powinnam, jak powinnam, gdzie powinnam i z kim powinnam… Nagle widzę siebie nie swoimi oczami. I jestem zdziwiona, że jestem tak inna od siebie samej. To tylko tomik poezji – mówię sobie – te wiersze istniały już wcześniej i były czytane po wielokroć, więc trudno mi pojąć, co się właściwie dzieje. Niby nic, parę spotkań autorskich, kilka recenzji, jakiś wywiad, rozmowy zwykle z życzliwymi mi osobami…, ale jednak nie jest tak, jak było dawniej, wiersze zebrane w jednej małej książeczce emanują niezwykłą energią. Wciąż domagają się uwagi i nie pozwalają o sobie nie myśleć. Miałam nadzieję na zakończenie jakiegoś etapu mojej życiowej drogi ( wydam, zapomnę i pójdę dalej, wszak mam jeszcze tyle do zrobienia). Zdawać by się mogło, że powinnam czuć się spełniona i szczęśliwa, a jednak… Chyba jestem jakimś odmieńcem. Mam tylko taką nadzieję, że to przejściowy stan i wszystko wróci do normy.


poniedziałek, 30 marca 2015

" W Ramionach Niedoskonałości" w Muzeum Śląska Opolskiego

Na mojej plantacji kiełkują kolejne nasiona. 
Moja poezja w muzealnych murach. 




Śpiewająco - recytująca grupa wspaniałych przyjaciół :)



Czyż oni nie są piękni i tak bardzo zaangażowani ?



Moja - " Ona "


        
"Alfa Romeo"




"Dziś tu jutro tam"




 Muzealny koktajl...










                O czym myślisz Franku?


" Kim jestem"



                            
                             Pani Dyrektor też się podobało...


                  

wtorek, 17 marca 2015

ZAPROSZENIE

medium
Dyrektor Muzeum Śląska Opolskiego w Opoluzaprasza na wieczór poetycko-muzyczny
oparty na poezji 
 Danuty Ewy Orzeszyny

„W ramionach niedoskonałości”

w wykonaniu grupy teatralnej
z Dobrzenia Wielkiego
_MG_7697

 środa, 18 marca 2015 roku, godz. 18.00

gmach główny Muzeum Śląska Opolskiego
wejście od ul. Muzealnej

 wstęp wolny

poniedziałek, 16 marca 2015

Pokonkursowo



Dziś taki szybki, zaległy post.

Minął kolejny tydzień obcowania z moją książką. Serce się raduje, że trafia do coraz większego grona odbiorców. Promowana przez bardzo życzliwe mi osoby doczekała się już min: KONKURSU, który zorganizowała i pięknie opracowała Madzia, moja koleżanka z "Pasji Pisania" i mój internetowy Guru. Koniecznie powinniście zajrzeć na jej blog Pani_Wu, nie tylko potrafi skutecznie kusić ptysiami, ale też bardzo ciekawie opisuje książki, autorów, wydarzenia etc. Wprawdzie ma słabość do pewnej Agaty, ale to musicie już sprawdzić sami.



                                   Moje ptysiowe zauroczenie udzieliło się też innym osobom


                             TUTAJ możecie przeczytać jak ptysie wygrały konkurs dla EJOTKA




TUTAJ jak EJOTEK i MAGDALENA MACIEJEWSKA zareagowały na wyniki konkursu.

Gratuluję zwycięzcom, mam nadzieję, że lektura spełni ich oczekiwania. 




środa, 11 marca 2015




Sprawozdanie dla Madzi Wu i nie tylko ;)

Minęło kilka dni zanim zdołałam wykrzesać z siebie energię na napisanie tych kilku słów. Być może moc, którą obdarzony był ten Magiczny Wieczór z Edith Piaf już uleciała, to za mną nadal chodzi potrzeba podzielenia się z kimś moją małą przygodą.


Słoneczna niedziela ósmego marca – można by powiedzieć dzień, jak co dzień. Faceci sprawiają przyjemność swoim kobietom ( nie swoim pewnie też;)), a i kobiety wzajemnie sprawiają sobie wiele przyjemności. Kwiaciarnie kuszą i prześcigają się w różnorodnych ofertach. Przydrożni sprzedawcy też nie próżnują. Co większe ulice usiane są pojemnikami pełnymi tulipanów i różnokolorowych róż. Jest jeden z pierwszych cieplejszych dni tego roku. Budzi się wiosna. Piękno „leje” się nie tylko z kobiecych twarzy, ale i z nieba. Ulice promienieją szczęściem i gwarem podekscytowanych ludzi. Jedni spacerują inni przebiegają chcąc zdążyć na zaplanowane na ten dzień wydarzenia.

I właśnie w ten opolski zgiełk i atmosferę naelektryzowaną i nabuzowaną świętem kobiet próbuję się wbić moim czarnym, wiekowym Oplem. Jestem spóźniona, samochód jakby na przekór tej całej podniosłej atmosferze, nie pomny na moje prośby i błagalne modły rzęzi i prycha, gdy próbuję bezskutecznie go odpalić. Piętnaście minut później jakimś cudem suniemy w ślimaczym tempie przedmieściami Opola – ja cała rozdygotana, on – spokojnie mrucząc niepamiętający wykręconego mi wcześniej numeru. W połowie drogi już wiem, że nie zdążę, że zawiodłam, choć tak bardzo się staram. Nie przewidziałam tak wielkiego ruchu na drogach. Co za pech – myślę sobie w duchu, jedną ręką trzymając kierownicę druga bezskutecznie grzebiąc w torebce w poszukiwaniu telefonu.
Mój zygzakowaty tor jazdy wzbudza zainteresowanie mijającego mnie kierowcy. W ostatniej chwili odbijam w bok i cała zawartość torebki wysypuje mi się na kolana. No nie, jeszcze tego brakowało – przeklinam minuty pędzące jak Maserati na torze wyścigowym.

  
Maryla i Adam zaczynają beze mnie, jeszcze przez kilka chwil słyszę muzykę dobiegającą z niewyłączonego telefonu komórkowego. Adam, który zniecierpliwiony dzwonił już kilka razy i nieopatrznie doprowadził moją głowę do pulsującego bólu, znów nie wyłączył telefonu. Słyszę akordeon, pomimo tego, że telefon odrzucony prze ze mnie na siedzenie pasażera wpada w szparę pomiędzy torbami.  On tak ma, tyle razy mu mówiłam żeby wyłączał się po zakończonej rozmowie. Ale czy to jest teraz takie ważne – karcę siebie w myślach, przecież musze jeszcze przejechać przez pół miasta. I nie mylę się, to było najmniej ważne. Po raz piąty objeżdżam Solaris i Plac Kopernika w poszukiwaniu miejsca parkingowego. Do diaska mam już wszystkiego dość – mamroczę wysiadając z samochodu zaparkowanego w dziwacznej pozycji na jakimś skrawku wolnego chodnika. Jestem spocona. Tachając torbę pełną tomików, co kilka kroków się potykam, przede mną jeszcze brukowana ulica i schody w górę, później oczywiście w dół i znów bruk. Pieką mnie podeszwy. Przyrzekam sobie, więcej nie założyć tych przeklętych butów. A chciałam być taka elegancka – gderam pod nosem, przerzucając wrzynającą mi się w ramię torebkę na druga rękę. Czuję się jak kretynka goniąca za wyimaginowanym ukochanym, zwalniam i mam w nosie to, czy przeczytam w końcu tych parę wierszy czy nie. Całe przygotowania na nic. Jak mogłam nie przewidzieć takiego scenariusza.


Przez szklane drzwi muzeum widzę uśmiechniętą twarz kobiety. Pewnie to jakaś kustoszka – myślę i witam się pytając o Edith. Na prawo… – odpowiada uprzejma pani. A ja nie słysząc jej ostatnich słów dopadam klamkę następnych drzwi i prawie wpadam do środka.
 Spoglądam na zegarek. Jestem dwadzieścia minut po umówionym czasie. Ktoś podsuwa mi krzesło. Widownia jest wypełniona po brzegi, dostawiono jeszcze kilka krzeseł z tyłu. Są już zajęte. Zastanawiam się, czy te osoby też miły dzisiaj taki dziwny dzień.
Artyści śpiewają. Publiczność żywo reaguje. Moje oczy penetrują widownię. Ile z tych osób przyszło na poezję a ile na piosenki Edith Piaf? – myślę. Ale w tej chwili, to nie jest takie ważne. Sama jestem sobie winna, nie byłam na rozpoczęciu i nawet nie wiem, czy o mnie wspomniano. Ważne jest to, że Adam i Maryla potrafili przenieść publiczność na ulice Paryża, że Maryla w czarnej sukni i z głosem do złudzenia przypominającym głos Edith oczarowywała publiczność piosenkami i opowieściami z życiu artystki, że Adam zmieniając, co rusz instrument wprawiał słuchacza w stan niemal hipnotycznej ekstazy przenosząc go w światy, w których mieszkał niegdyś głos Paryskiego Wróbelka.

I ja w tym wszystkim zapominająca właściwie, po co tu przyszłam, dlaczego nie siedzę tylko stoję pod ścianą z otwartą buzią – zasłuchana, zaczarowana. Musiałam trwać w tym zauroczeniu dość długa chwilę, bo piekące stopy dały mi o sobie znać po raz wtóry. A burza oklasków obijając się o ściany stylowego wnętrza Muzeum Śląska Opolskiego sprowadziła mnie ponownie do bardzo przyziemnego pytana. Co teraz? Czy to już koniec, czy oni wiedzą, że pod ścianą na końcu sali stoi z torbą przewieszoną przez ramię w niebieskim swetrze i pijących butach Danuta – niepewna siebie kobieta z tomikiem wierszy pod pachą?


Wiedzieli. Poprosili, bym przyszła do nich.

W pierwszej chwili pomyślałam o schodkach i moich bolących stopach. Ale ze zdziwieniem stwierdziłam, że nie czuję żadnego bólu, za to słyszę łomotanie serca i jakieś niekontrolowane łaskotanie w żołądku. Później okazało się, że do tego wyjątkowego kompletu dołączyły wypieki na policzkach, suchość w gardle i co uznałam za największą przypadłość – drżenie głosu.
Weź się w garść Danuta – mówiłam sobie krocząc środkiem sali i uśmiechając się do głów zwróconych w moją stronę z prawej i lewej strony widowni. To tylko zapowiedź twojego wieczoru autorskiego, spójrz oni na ciebie czekali, życzliwość aż promieniuje z ich twarzy.


Pomimo wcześniejszych obaw i perypetii, jakie były moim udziałem publiczność wspaniale przyjęła moją poezję. Miałam przyjemność przeczytania kilku wierszy, a Agnieszka – skrzypaczka towarzysząca Maryli i Adamowi zaśpiewała dwie moje piosenki, do których muzykę napisał Adam. Adam też jest wykonawcą innych moich wierszo – piosenek. Ale to już inna opowieść. A dziś jestem szczęśliwa, że moją twórczość poznaje coraz większa rzesza osób, dla których poezja była, jest lub dopiero będzie czymś wyjątkowym.




piątek, 6 marca 2015

Takie sobie nocne pisanie.


Uwielbiam muzykę Geheorghe Zamfir. Jeden z moich wierszy z tomiku W Ramionach Niedoskonałości.
Miłej nocy.
Pragnienie


Rzeźbię cię moimi dłońmi.
Opuszkami palców
kreśląc ścieżki
nieodkrytej rozkoszy.

Bądź moim dzbanem.

Ugaś pragnienie
zwilżając usta
nektarem zapomnienia.

Ja…
kwiatów naręczem ci będę
spragnionych.

Zatapiając niesforne
łodyżki w twoim wnętrzu
spiję każdą krople namiętności
spływającą z naszych wyobrażeń.










wtorek, 3 marca 2015

Humor pod psem



A miało być tak cudnie, cieplutko, wiosennie.



 Ku mojemu przerażeniu temperatura w nocy spadła do „minusa”.


Jestem ogromnym zmarzlakiem. 
Moje zapasy energetyczne na ten sezon topnieją w zastraszającym tempie.


                                                                Jem czekolady i tyję.


                                       Prawie wcale się nie ruszam, bo brak mi motywacji.
                 Pies dał już sobie spokój i nawet nie szczeka bym wyprowadziła go na spacer.


Wiem to barbarzyństwo tak paprać własne książki. Ale zrobiło mi się tak jakoś smutno, bo wieje i zimno i … no nawet poczytałam trochę i nie pomogło. Właściwie nic wielkiego się nie stało, maleńki okruszek się przykleił więc ...... go sobie delikatnie języczkiem zlizałam i paluszki oblepione też, co by do reszty kartek nie spaprać.


Mój ogród natomiast jakby przeczył temu co się dzieje dziś wokół mnie. Budzi się, a właściwie to już się obudził. Uśmiecha się do słońca i domaga się uwagi. Nie straszne mu przymrozki i śnieżne podpruszenia.


Ciemiernik - zwany zimową różą przycupnął pod nastroszonym iglakiem i nic sobie nie robi z mojego dzisiejszego wisielczego humoru.
Może jutro będzie inaczej....


poniedziałek, 2 marca 2015

Zaproszenie

Dyrektor Muzeum Śląska Opolskiego w Opolu


zaprasza na koncert z okazji Dnia Kobiet 

 

Magiczny wieczór piosenek z repertuaru Edith Piafw wykonaniu Marii i Adama Urbaniaków 


                    połączony z prezentacją poezji Ewy Danuty Orzeszyny

 283

niedziela, 8 marca 2015 roku, godz. 16.00

gmach główny Muzeum Śląska Opolskiego
wejście od ul. Muzealnej
wstęp wolny


niedziela, 1 marca 2015

poniedziałek, 23 lutego 2015

Słowa kiełkują


W środę, 11 lutego 2015 roku w sali kinowej Gminnego Ośrodka Kultury w Dobrzeniu Wielkim (opolskie) odbyło się spotkanie autorskie, promujące wydanie debiutanckiego tomiku moich wierszy.


Czy ktoś to jeszcze pamięta? 

W kawałku szyby zaklęty
krzyk przerażenia i łza…
Wtopione w stalowe pręty
okruchy życia i rdza

W tumanach pyłu jak ptaki
marzenia frunęły w dal
A ramion samotne wiatraki
pragnęły odgonić ich żal

Zwęglonych istnień naręcza
unosił w pośpiechu wiatr

Gdzieś w świecie jaśniała tęcza...

W World Trade Center
kończył się świat…



W Ramionach Niedoskonałości
Wydawnictwo Alia-Media
data wydania 2014 (data przybliżona)
ISBN 9788393214228
Kategoria poezja
Stron 104

Spotkanie przygotowane i oprawione muzyką do moich wierszy można zobaczyć tu( przepraszam za jakość, nagrane amatorską kamerą):



Było wyjątkowo :) Wzruszyłam się bardzo. Opowiem wkrótce...

Gdyby ktoś chciał obejrzeć w ładniejszym opracowaniu zapraszam na stronę mojej koleżanki po piórze ;) http://zapiskinaserwetkach.blogspot.com/2015/02/w-ramionach-niedoskonaosci.html



czwartek, 1 stycznia 2015

Nowy 2015r

No i nastał ten dzień.

Nowy Rok, czyli rok 2015. Rok ogromnych nadziei i dalekosiężnych planów. Wprawdzie na dworze jest szaro-buro, bezśnieżnie, wilgotno i zimno, moje zdrowie nie jest idealne, a wyglądowi daleko do doskonałości, to moje wnętrze wręcz wybucha fajerwerkami barw, zapachów i zmysłowości. Moje ciało promieniuje tą całą magia przebudzenia i rozkosznego chciejstwa. 

Zaczynam kolejny etap w moim życiu. Witam go z nadzieją i wiarą, ciesząc się, że jeszcze jedna niezapisana karta mojego życia właśnie się odwraca. A jakaś niewidzialna siła daje mi znaki zwiastujące rozpoczynającą się właśnie przygodę.

Za mną młodzieńcze zahamowania, wyimaginowane potrzeby ludzi mi drogich i kochanych. Narzucona sobie odpowiedzialność za wszystkich i wszystko wokół. Za mną czas, kiedy ważne było tylko zaspakajanie zachcianek innych.

Małymi krokami wkraczam w świat, który dawno temu przysłoniło słowo – powinnaś. Zapomniane pragnienia, marzenia i głosy, które zamknęłam w młodzieńczym kufrze, a które przykrył kurz codzienności dziś dostały przyzwolenie na zmartwychwstanie. Już mogę być sobą. Zacząć pisać moją nową historię, nie oglądając się wstecz tylko z nadzieją patrzeć w przyszłość.

Właśnie zdałam sobie sprawę z tego, że posiadam ogromne bogactwo – mogę korzystać z doświadczeń przeżytego półwiecza i smakować nowych smaków oglądając się, lub nie, za siebie. Wszystko zależy tylko ode mnie!

Szczęśliwego Nowego Roku!!!
Danuta Ewa Orzeszyna