poniedziałek, 15 lutego 2016

Ona zmarnuje ci życie




P.P.
Szkic
Rozdział III



Kiedy wiatr przepędza z niebieskich pastwisk ostatnie stada chmur, niebo rozsuwa zasłony i wpuszcza na Ziemię pojedyncze promieni słońca. Gdyby nie opatuleni ciepłymi ubraniami przechodnie wydawać by się mogło, że zima tego roku chce zatrzymać dla siebie wszystkie barwy jesieni. Zeszłoroczne pelargonie próbując ogrzać się pod resztkami pożółkłych liści drżą strząsając ze swych brunatno-czerwonych sukienek, igiełki zmarzniętej szadzi. Cienie nocy łagodnie opuszczają ściany kamienic, a wybrańcy słońca przeglądając się w sklepowych witrynach, pozdrawiają tych nielicznych, którzy pogrążeni w swoich myślach przemykają pustymi jeszcze ulicami miasta.

W takiej to oto scenerii otwiera się okno i  zza plątaniny woali wychyla się twarz kobiety. Jej nie do końca rozbudzone zmysły zachwycają się porankiem. Kobieta odsuwa firankę i wychylając się jeszcze bardziej. Wystawia twarz do słońca. Orzeźwiający chłód oplatając jej szyję wślizguje  się delikatnie między rozgrzane jeszcze snem piersi i błądzi w zakamarkach różowej koszuli. Kobieta marznie. Otula się szczelnie miękkim szlafrokiem i nasłuchuje.
          – Jeszcze chwila i go usłyszę – szepcze. Tak jakby obawiała się, że spłoszy ten czar, który właśnie przypadł jej w udziale. Tę błogość chwili odczuwaną każdorazowo, gdy jej zmysły doznają tej cudownej, energetyzującej dawki zapachu budzącego się miasta.
Piętro niżej ktoś również otwiera okno. To sąsiadka Poli - Pani Nowacka. Właśnie przygotowuje śniadanie. W powietrzu unosi się woń świeżo parzonej kawy i jajecznicy z cebulą.
Aromaty wirują, mieszają się i wślizgują do pokoju Poli ciężko osiadając na świeżo wypranych firankach. Kobieta upaja się nimi i bezwiednie kierując język ku podniebieniu przełyka ślinę. Nie sposób oprzeć się takiej pokusie. Jest głodna. Przypomina sobie, że nie jadła od wczorajszego poranka.
Jeszcze chwila i skosztuje sałatki przygotowanej specjalnie dla niej przez ciocię Zosię. Tymczasem opiera się o parapet. Dotyka udami starego, żeliwnego kaloryfera. I pomimo, że czuje przejmujący chłód nie cofa uda. Słońce straciło już swoją moc i nie grzeje tak intensywnie jak przed kilkoma miesiącami, a mimo to Pola wystawia swoją piegowatą twarz w jego kierunku. Ma nadzieję, że doda jej odwagi i naładuje pozytywną energią na cały dzień. Kilka spraw do załatwienia od jakiegoś czasu zaprząta jej głowę. Przedwczoraj zrobiła listę, a wczoraj przeczytała ją jeszcze raz i dopisała kilka pozycji.
Dudnienie przejeżdżającego w oddali składu towarowego przypomina jej, dlaczego i tym razem przezornie stanęła w oknie.
– Mogę zacząć dzień, na pewno się uda  – pomyślała w duchu.
Turkot pociągu nasilił się. Skład towarowy wjechał na most. Głos niesiony nurtem Odry odbił się echem od sąsiedniej kamienicy i Pola przekonana o remedium oddała tej chwili całą siebie. Marcowy wiatr chłodzi jej rozpaloną twarz i rozwiewa cynamonowe włosy. Poddając się jego podmuchom Pola wciąga powietrze nosem, a wtedy jej piersi unoszą się i pęcznieją, by po chwili świszczącym wydechem zapaść się wciągając za sobą brzuch niczym krater wulkanu. Dziewczyna powtarza tę czynność kilka razy i opierając dłonie o parapet, przeciąga się. Robiła tak już nie raz, w nadziei, że Adam jednak wyjrzy przez swoje okno, zobaczy jej rozwiane włosy, które tak lubił, usiądą każde na swoim parapecie i będą jak dawniej śmiać się opowiadając sobie sprośne dowcipy i dotykając swych dłoni obiecywać, że zapamiętają każdą swoją linię papilarną, każdą dziecięcą bliznę - na zawsze.

Pola lubi to okno, zna każdą szczelinkę w wiekowym, dawno nieodnawianym, drewnianym parapecie. Przesuwając dłonią po nierównościach przypomina sobie siebie, jako małą dziewczynkę i ojca mówiącego gwarą, której nie znosiła jej mama.
– capnij se na fynsterbret i dej no kusik w kichol – prawie słyszy głos ojca. Uśmiechając się do tego wspomnienia, ma wrażenie, że jeszcze wczoraj ojciec sadzał ją na parapecie, gilgał, przytulał a potem długo tłumaczył jak wygląda lokomotywa, dlaczego jej głos słychać zanim wynurzy się zza zakrętu i wtoczy na peron. Opowiadał o topolach stojące wzdłuż torowiska. O tunelu i moście na Odrze. Pozwalał wychylać się przez okno i udawać ptaka. Trzymając ją za rączki mówił, czym jest ptasia wolność i jak można latać nie odrywając stóp od ziemi.
– Brakuje mi ciebie tato. Muszę wreszcie porozmawiać z Adamem, a to nie będzie takie proste. Myślisz, że powinnam wyjechać? – Wiedząc, że nie uzyska odpowiedzi napomina się w myślach – Ja tylko chciałam…
Tymczasem z okna poniżej dobiegają odgłosy porannej krzątaniny. Pola zna te odgłosy, zna również Adama.
 – Dzisiaj jest środa – myśli Pola. Pani  Nowacka szykuje śniadanie dla rodziny. Za chwilę usłyszy: – Adam wstawaj, już siódma.
 – Adam wstawaj, już siódma! – Echem  myśli Poli woła Pani Nowacka.
Pola wzdycha i odwraca się od okna.
– Dlaczego to wszystko jest takie trudne? Przecież…
Dotyka dłonią czoła. Odsuwa niesforny kosmyk włosów, wciąż opadający jej na nos. Przypadkowo trącony kolczyk rzuca na policzek Poli świetliste refleksy upodabniając jej buzię do plaży, na którą morze wyrzuciło kruszyny mieniących się w słońcu bursztynów. Gdy była mała, dzieci nazywały ją Pippi Longstocking, ale odkąd w piaskownicy wytargała Wiktorkowi garść włosów, zaczęły się jej bać i nie chciały się już z nią bawić.
Pola przesuwa kolczyk miedzy palcami i obiecuje sobie, że tym razem niczego nie spieprzy. Tym razem  postara się bardziej.
– Mam jeszcze całą godzinę. Zdążę wziąć prysznic i napić się kawy.
Wyznaczonym, utartym szlakiem, pewnym, energicznym krokiem kieruje się więc do kuchni. Jeszcze tylko leciutko muśnie łydką framugę drzwi i za chwilę bose stopy poczują szorstki kuchenny dywanik. Przesuwa dłonią po kuchennym blacie.
 – Ani jednego okruszka, jestem idealna – chwali siebie w myślach. Prawie jak ta „Perfekcyjna Pani Domu” z programu w telewizji.
Pola uśmiecha się na wspomnienie wczorajszego monologu kobiety sławiącej ład i porządek. Przez chwilę nawet współczuje mężowi tej pani, ale robiąc kilka kroków w kierunku stołu, stwierdza, że sama czasami przesadza z czystością.
– Adam byłbyś ze mnie dumny – szepcze. – Gdyby tylko …
Pola stawia czajnik na kuchence i wyobraża sobie jakby to było, gdyby Adam był przy niej. Gdyby to on stawiał ten cholerny czajnik na właściwym miejscu i gdyby ona nie musiała sama chodzić do łazienki…
Policzki Poli różowieją. Wspomnienia powracają. Oddech Adama na jej karku staje się dziwnie rzeczywisty. Już kiedyś tak było i nie były to tylko fantazje. Już kiedyś Pola dotykała Adama i Adam dotykał Polę. Nie jak sąsiadkę, czy koleżankę, ale inaczej. I wtedy Pola poznała prawdziwego Adama…
Tamtej środy – jak każdej środy, Pola usłyszała:  – Adam wstawaj, już szósta. Zaraz potem przeraźliwy krzyk Pani Nowackiej
– Ona zmarnuje ci życie! – Adam… przecież ona jest ślepa!



poniedziałek, 8 lutego 2016

Wiara to wartość



"Kiedy zasiejesz ziarno, wszystko co masz robić, to podlewać ziemię. Nie możesz kontrolować słońca, nie możesz kontrolować pogody, nie możesz kontrolować plagi szarańczy, która nadleci i zniszczy wszystko dookoła. Wszystko, co możesz zrobić, to zasiać ziarno. Staranne je podlewać i WIERZYĆ. Nie byłbym teraz w miejscu, w którym jestem, gdybym przestał wierzyć. Wiara to wartość" 
- Tyler Perry – bezdomny multimilioner.

piątek, 5 lutego 2016

Trudne decyzje

P.P.
Szkic
Rozdział II




Zofia odkłada książkę. Opiera łokcie o blat stołu. Zamyśla się. Zamykając oczy kołysze brodę w zagłębieniu dłoni i widzi jak żółta róża upada pod jej stopy. Słyszy gromkie oklaski i wiwaty widowni. Publiczność wstaje z miejsc, a ona się kłania i kłania i serce jej rośnie i pęcznieje z dumy. Znów ma trzydzieści lat. I nie wie jeszcze, że ta róża…
– Staję się sentymentalna. – wzdycha otwierając oczy. – Przydałoby się dorosnąć!
– Dorosnąć? A po co? – Jesteś moją słodką dziewczynką – mawiał Henryk przykrywając jej nagie ciało zgrzebnym płótnem. – Nie ruszaj się, nie śmiej się Zosiu, pozostań w tej pozie!
A potem znikał na długie godziny za sztalugą, a ona czuła na swym ciele dotyk jego oczu, czuła zapach farb zmieszanych z jego męskim wyrazistym zapachem, czuła tę miłość unoszącą się w pracowni i otulającą każdy centymetr jej jestestwa.

Nie dorosła, czas znacząc jej twarz siateczką zmarszczek nie zmienił jej duszy. Wciąż potrafiła fantazjować, wciąż miała marzenia i wciąż wierzyła…

Dzisiaj jest sama, tylko pies Poli leży rozłożony na dywanie i chrapie. Zofia rozgląda się po pokoju. Jest idealnie wysprzątany. Poświęciła mu cały dzisiejszy dzień. Ze ściany uśmiecha się do niej baletnica w tanecznej pozie – obraz namalowany przez Heńka podczas ich pierwszych i zarazem jedynych wakacji na Sardynii. Zofia odwzajemnia uśmiech, przypominając sobie swoją pierwszą miłość. Byli wtedy tacy młodzi. A ona, Zofia chciała tylko tańczyć.
Kobieta zaciska dłoń w pięść i przygryza wargę. Ból, jaki sobie sprawia pozwala nie myśleć. Czując nierówne bicie serca wstaje i otwiera okno. Wychyla się. Łapczywie wdycha nasycone wilgocią powietrze. Mdłości zwolna ustępują. Serce uspakaja się. Z zarośli za starym młynem nieopodal Odry dolatują do uszu Zofii delikatne trele ptasiej muzyki. Lada moment i one ucichną. Wrzesień tego roku jest wyjątkowo upalny. Dlatego dolegliwości Zofii powróciły. Kobieta zauważa pod ścianą sąsiedniej kamienicy stadko ptaszków zażywające kąpieli w kopczyku piasku pozostawionym przez robotników po niedawnym remoncie. Bury kot sąsiadów przyczajony za krzakiem czarnego bzu ma nadzieję na łatwy obiad.
 – Jeszcze chwila i będzie jesień – myśli Zofia widząc jak kocisko skrada się zamiatając ogonem pożółkłe liście opadłe ze starej wierzby dzielącej dziedziniec z karłowatym krzakiem bzu.
Od południa niebo zakrywa ciężka granatowa chmura. Słońce jak gdyby nie chcąc ustąpić, maluje chmury różowo-czerwoną poświatą. Ledwo wyczuwalny wietrzyk muskając rozgrzane liście pelargonii niesie od rzeki zapach zbutwiałych szuwarów i rozkładającego się mułu. Ulica pustoszeje. Nieliczni, którzy nie zdążyli schronić się przed deszczem, osłaniają głowy, czym popadnie. Jakaś para młodych ludzi przystaje w bramie. On opierając się o suchy kawałek muru coś jej tłumaczy gestykulując. Ona przez chwilę przysłuchuje się jego wywodom, obciąga przykrótką bluzkę i uśmiecha się figlarnie. Po czym przysłania mu usta dłonią i przerywając jego tyradę parska śmiechem. Przez moment on patrzy na nią zaskoczony, po czym ich oczy spotykają się. Oboje milkną. Ręka chłopaka wplątuje się we włosy dziewczyny. Zatapiają się w swoim spojrzeniu. Dziewczyna odchyla głowę, a on przyciągany jakimś niewidzialnym magnesem obsypuje jej szyję pocałunkami. Usta obojga spotykają się, a niebo jakby w odpowiedzi na ich igraszki mruczy nadciągającą burzą.
Zofia widzi jak zakurzony skwer przed kamienicą odzyskuje zieloną barwę, a nad drogą unosi się mgiełka parującej deszczówki. Powietrze nasyca się zapachem mokrej ziemi i gorącego asfaltu. Nareszcie pada.
Wtedy też było parno, a potem padało – myśli Zofia przymykając okno.
Anna nie lubiła deszczu. Twierdziła, że źle jej robi na cerę i włosy. Że kiedyś wszyscy sparszywiejemy jak te pomidory w polu. I ci, co będą chcieli być normalni, będą musieli żyć w szklarniach chroniąc się przed kwaśnymi deszczami i innymi świństwami.
          Bóg jeden wie, gdzie teraz jest Anna i czy jej cera jest równie delikatna jak była trzydzieści lat temu?
Zofia podchodzi do komody, na której rzędem niczym szwadron żołnierzy stoją fotografie. Jedne oprawione są w bogato rzeźbione ramki, inne swą surowością przypominają wiejskie lustra osadzone w bielone drewno, a jeszcze inne pozbawione ram Pola nazywa „antyramami”. Kobieta unosi jedną z nich i wpatrując się w twarz dziewczyny przeciera szybkę rękawem. Z czułością przesuwa palcami po bogatych zdobieniach.
Gdzie jesteś Aniu? Ona cię tak bardzo potrzebuje – myśli Zofii przywołują siostrę. Ale w odpowiedzi słyszy tylko krople deszczu dudniące o parapet. – Jesteście do siebie podobne jak te dwie krople wody.
          Twarz Zofii ma blado ziemisty odcień, bruzdy na czole zdają się pogłębiać i kobieta opierając się o wiekowy mebel stara się utrzymać równowagę. Dialog prowadzony z duchem siostry przynosi częściową ulgę. Zofia odstawia fotografię z namaszczeniem na swoje miejsce. - Muszą stać idealnie, bo inaczej Pola będzie się gniewać.
Powracające wspomnienia zdają się natarczywie wyglądać z każdego kąta. Na dworze chmury zdążyły już zasłonić niebo i w mieszkaniu panuje półmrok. Zofia nie zapala jednak światła. Lubi te wczesno wieczorne chwile. Chwile przeznaczone tylko dla niej. Wyjmuje z etui płytę Edith Piaf i wkłada ją do odtwarzacza.
Przez moment jej myśli wędrują do Poli. Siostrzenica staje przed nią w tej swojej pozie dumnego pawia. Z wydętymi policzkami i zadartym małym noskiem upstrzonym niezliczoną ilością nieregularnie porozrzucanych piegów. Kropka w kropkę wygląda  jak Anna. Nawet odruch odsuwania włosów z czoła odziedziczyła po swojej matce.
Takie wspomnienia zwykle przyprawiają Zofię o szybsze bicie serca. Jej policzki znów nabierają brzoskwiniowego blasku, a usta różowieją i ich kąciki drżąc unoszą się ku górze. Kobieta podnosi ze stołu porzuconą książkę, ale nie czyta jej, odnosi do pokoju Poli i stawia w szeregu z innymi. Przesuwa opuszkami palców po grzbietach starych woluminów pamiętających dłonie Tomasza i malutkie rączki Pi.

Ochrypły głos Edith faluje w powietrzu ulubioną piosenką Zofii.
 „ Non, je ne regrette rien  1”. Kobieta poddaje się urokowi chwili i kołysząc się nuci:

„ Nie, absolutnie nic...
Nie! Nie żałuję niczego
To spłacone, zamiecione, zapomniane
Nie obchodzi mnie przeszłość!”


Muzyka wypełniając pokój, tłumi pomruki mijającej burzy, a firanka w półprzymkniętym oknie zdaje się mocować z napierającym wiatrem.
Zofii marzną stopy, więc kobieta przechadza się po pokoju próbując jednocześnie nie zwracać uwagi na coraz częściej pojawiające się nierówne kołatanie serca. Pies zdziwiony jej marszem podnosi głowę i merda uspakajająco ogonem.
– Gdybyś tylko wiedział, jak trudno jest zrozumieć – piesku. – Jak trudno pogodzić się z wciąż biegnącym czasem, którego nie sposób okiełznać.
Firanka przegrywając zapasy z wiatrem przewraca doniczkę stojącą na parapecie. W tej samej chwili kobiecy szloch miesza się z muzyką wypełniając po brzegi mieszkanie przy ulicy Parkowej 3 w Opolu.

Stara kamienica kolejny raz staje się niemym świadkiem wypełniającego się właśnie przeznaczenia.

Troistość postrzegania rzeczywistości pomaga Zofii. Tłumaczy zdarzenia, które wydarzyły się kiedyś, a które dzisiaj domagają się wypełnienia.  – „To z którego powstaje. To które powstaje. To które jest… „ – szepcze Zofia, biegnąc myślami do dnia w którym widziała swoją siostrę po raz ostatni.
Wieczór bardzo podobny do dzisiejszego. I nawet te same cienie. Take same języczki światła z ulicznych latarni wpadające przez okno i liżące obraz „Baletnica”, wiszący na ścianie salonu mieszkania Bednarskich. Wtedy też zdawało się, że suknia baletnicy faluje, a jej włosy mienią się różnymi odcieniami bursztynu. Refleksy światła dające złudzenie, jak gdyby dziewczyna na obrazie właśnie skończyła swój taniec i zdziwiona reakcją publiczności czeka na moment w którym rozlegną się owacje.
I ona, starsza siostra Zofii – Anna, taka wytworna w swojej nowej kreacji, jak dama z Hollywoodzkiego filmu. Stoi teraz na środku salonu w tej swojej pozie dumnego pawia. Kremowa garsonka podkreślała jej idealną figurę i dodaje głębi mocno umalowanym oczom. Zofia w skrytości zazdrościła siostrze urody i przebojowości. Podziwiała jej upór i łatwość z jaką Anna manipulowała ludźmi. Siostra bez skrupułów wykorzystywała nadarzające się okazje, by błyszczeć i brylować w towarzystwie. Dziewczyna swoją nieodpowiedzialnością nadwyrężała reputację rodziny i prowokowała rodzinne awantury.
Zośce nigdy nie starczyło odwagi by dołączyć do grupy niesfornych nastolatków, którym przewodziła niegdyś Anna. Nie potrafiła zrozumieć bezsensowności upijania się i balowania do rana. Bólu głowy i mdłości w żołądku. Zarwanych nocy i przegapionych sesji. Zośkę interesowało tylko jedno, wiedziała, że jej przeznaczeniem jest balet.
A Tomasz? Facet stojący krok za swoją żoną w niczym nie przypominający Tomka Zapolskiego z przed kilku lat.. Zośka poznała go, w dość dziwnych okolicznościach. Był studentem ostatniego roku weterynarii, a Zofia właśnie zdała na studia muzyczne. Dodatkowo pracował  w Ogrodzie Zoologicznym i tak jak ona, opiekował się wybranymi zwierzętami w opolskim schronisku. Nie lubił imprez i rzadko brał w nich udział. Spodobali się sobie od pierwszego spotkania. Potrafił tak dobrze słuchać i rozumiał to co, inni uważali za śmieszne i niewiarygodne. Ich dobre stosunki skończyły się z chwilą gdy Zośka przedstawiła mu Ankę.
– Trafiła kosa na kamień – pomyślała Zośka podsłuchując rozmowę siostry z koleżanką: – Anka znów byłaś w schronisku, przecież robisz z siebie frajerkę, tacy nie kochają się w takich jak my. Głos Dagmary wydawał się przekonujący.
 – To  się jeszcze zobaczy – skwitowała Anka.
I się zobaczyło, parę miesięcy później Zośka z niemałym niesmakiem przypinała welon do rudych włosów siostry i z politowaniem patrzyła na Tomasza. Ale wtedy jeszcze nie wiedziała, nie wiedziała, że Tomasz…

A dziś? Zofia pamięta ten dzień jak przez mgłę, to napięcie unoszące się w powietrzu…
Anka i Tomek stojący na środku salonu i ona Zośka chcąca najzwyczajniej w świecie wsadzić swój zmęczony tyłek w fotel i odpłynąć w błogie NIC.
Wprawdzie poprosiła, aby usiedli. Zaproponowała nawet coś do picia. Ale nie, oni stali jak słupy. Stali i zerkali na siebie, tak jakby licytowali się o to, kto przemówi pierwszy. Siostra w tej swojej wytwornej garsonce i szwagier miętolący kieszeń spodni przestępujący z nogi na nogę.
– Usiądźcie wreszcie. – Nienaturalnie niedbałym ruchem wskazała im sofę. – Przecież nie wychodzicie, musimy pogadać, mam nowe wiadomości.
Zośka pomimo zmęczenia nie kryła podekscytowania. Była z siebie taka dumna. Właśnie po wielu trudach – uruchamiając sobie tylko wiadome kontakty – dotarła do namiarów na Doktora Węckiego. Sławny chirurg nie miał sobie równych w leczeniu dzieci podobnych do Poli.
– Poczekaj, poczekaj Zośka, chcemy ci z Tomkiem coś powiedzieć. Długo nad tym myśleliśmy…
– Rozumiem. – Zośka przestawiła kubek z mlekiem w inne miejsce. Nie kryjąc rozczarowaniem pomasowała sobie obolały kark. – Zdecydowaliście się jednak na klinikę w Monachium? – Wiem, że Doktor Węcki nie jest popularny, wiem, że istnieje ogromne ryzyko, ale… Rozumiem, to wasze dziecko, sami musicie podjąć decyzję. Aczkolwiek jestem trochę zawiedziona, gdyż Doktor Węcki to światowej sławy specjalista, i…
Jej słowa odbiły się echem od świeżo pomalowanych ścian i nie napotykając po drodze żadnych przeszkód wróciły z jeszcze większą intensywnością. Słysząc swój głos Zofia pożałowała, że nie starczyło jej czasu na pownoszenie choćby części mebli usuniętych z salonu przed remontem.
 Dzisiaj była taka zajęta. Nienakarmione rybki zapamiętale ocierały się o ścianki akwarium. Przedpołudniowa sprawa sąsiadki Nowackiej zajęła więcej czasu niż Zofia na nią przewidziała. Spóźniła się na próbę w teatrze i Pani Solska po raz kolejny nie omieszkała jej upomnieć. Na rondzie był wypadek i Zofia ledwo zdążyła odebrać siostrzenicę z Ośrodka. Obiecała sobie, że jutro porozmawia o tym z Anną. Od jakiegoś czasu miała bowiem wrażenie, jakby jej świat skurczył się do rozmiarów domku dla lalek. A ona Zośka, stała się motylem nocnym, który obija się o ściany goniąc za migotaniem światła wpadającego nocą przez małe okienka.
Więc może dobrze się stało. Zofia uznała to za znak. – co masz zrobić jutro, zrób teraz – pomyślała – i już otwierała usta, gdy Anna rytmicznie kołysząc biodrami i stukając cieniutkimi jak kredki Poli obcasami, podeszła do regału na którym pośród dziecięcych zabawek stała szkatułka.
– Co to jest? – Anna nie kryła wzburzenia. – Miałaś się tego pozbyć.
– Nie mogłam, coś kazało mi ją zatrzymać.
– Zejdź na ziemię i wyrzuć to, nie wierzysz chyba w te brednie.
– No, nie – zająknęła się Zośka – ale zostało mi tylko to wspomnienie… i może kiedyś Pola – urwała widząc jak Anka gromi ją wzrokiem. – Nie masz czasami wrażenia, że to może się już dzieje? – wybąkała.
 – Jeśli nawet, to ja się wypisuję. Nie ma takich mocy. Wróć z obłoków Zośka, zawsze byłaś taka dziwna. – Anka popatrzyła na siostrę z politowaniem. Ale zdradził ja pulsujący kącik oka. – Czyżby jednak wierzyła – przemknęło Zośce przez myśl. Wstała z kanapy i złapała Ankę za ramię. Siostra odwróciła się. Jej oczy były zamglone i wilgotne. Jak tamtej nocy w grocie…
– Aniu, a jeśli ona  wtedy…

Tomasz zachrząkał i wymownie spojrzał w sufit.

 – O czym ty mówisz do cholery, Zośka! – Anka znów była tą samą zimną Anką twardo stąpającą po ziemi i nie akceptującą innego punktu widzenia, niż ten, który właśnie reprezentowała. Znów na jej twarzy pojawiła się maska zaciętości i Zośka miała wrażenie, że w ciele siostry toczy się jakaś niezidentyfikowana walka. Wyrwała łokieć z uścisku siostry i zwracając się niby to do Zośki, niby do czegoś, czego nie było widać, a co ewentualnie miałoby ją słyszeć wycedziła:
– Nie przyszliśmy tu, aby wspominać dawne czasy – je głos złagodniał.  
– Chcieliśmy cię poinformować…
– Właściwie prosić – nieśmiało dołączył się Tomek.
– No ta – przerwała im Zośka i ponownie usiadła na kanapie. – Pola zasnęła, nie musicie jej dzisiaj odbierać. Jeśli jutro ustąpi gorączka będzie można zrobić tomografię. Powinniście zasięgnąć rady jeszcze jakiegoś lekarza… Zofia przesunęła ponownie niedopity kubek mleka i wyjęła z torebki notes.
Tomasz zamilkł próbując powstrzymać przestępowanie z nogi na nogę, kołysał się jak pingwin, czym wprawiał obie siostry w poirytowanie. Nie wyglądał już jak seksowny szwagier. Zośka zauważyła, że pomimo młodego wieku zniknęły z jego twarzy niegdysiejsze chochliki. Oczy miał zapadnięte a usta jeszcze niedawno nabrzmiałe i wulgarnie wydęte dziś zaciskały się i wykrzywiały w nerwowym tiku.
– No właśnie Zosiu, nie będziemy mogli zabrać Apolonii przez jakiś czas – Wyjeżdżamy!  – Anka przybrała rozbrajający wyraz twarzy, jej ręka uzbrojona w błyszczące brokatem paznokcie co i rusz wędrowała ku misternie upiętej fryzurze. Gotowa na protesty siostry zadarła wyzywająco brodę i szturchańcami prowokowała Tomasza by ją poparł.
– Prawda Tomek? Prawda? – No powiedz coś wreszcie!
Tomek milczał,  jego twarz spurpurowiała, a na skroni tuż obok pulsującej żyłki pojawiała się kropelka potu. Zofia domyśliła się, że przyszedł tu wbrew sobie, że i tym razem przystał na egoistyczną zachciankę swej żony. – Ale to nie moja sprawa – pomyślała wtedy, przyglądając się szwagrowi i przygryzając dolną wargę – tak jak to miała w zwyczaju robić, gdy jej umysł coś bardzo intensywnie przerabiał.
– Wiesz Zosiu, Ania pomyślała, że w naszej sytuacji, no wiesz, yyy.. – Szwagier bełkocząc gubił wątek. – Chcielibyśmy cię prosić… Tomek sięgnął po chusteczkę porzuconą na oparciu krzesła. Zmiął ja w garści i otarł sobie czoło.
 – Ależ tu dzisiaj gorąco. – zakomunikował zmieszany. Podszedł do okna i otwierając je na rozcież usiadł na skraju parapetu. Pokój wypełnił zapach nadchodzącej jesieni zmieszany z wonną nutką drzewa sandałowego i geranium.
– To już ustalone! Tomek dostał kontrakt, ale wiesz, jaki on jest, sam o niczym nie może zdecydować. Obawiał się, że się nie zgodzisz. – nie wytrzymała Anka.
Zapadło krępująca milczenie. Gdzieś z nad Odry dało się słyszeć pomruki cofającej się burzy. Po raz kolejny tego wieczoru pojedyncze krople deszczu zastukały w parapet. Przejeżdżający nieopodal pociąg wprawiając w wibracje powietrze, wypełnił pokój swym stłumionym, głuchym jazgotem. Światło przydrożnej latarni zamrugało i zgasło.  Gwar szykującego się do snu miasta rozwiewał wiatr, który przypominając sobie o swych powinnościach wydął firankę niczym żagiel żaglówki.
– Jak to się nie zgodzę? – Pierwsza nie wytrzymała napięcia Zośka – Na co się nie zgodzę?  – Co wy chcecie zrobić? – Chwileczkę Aniu, bo ja czegoś nie rozumiem! – Zośka wstała z kanapy i usiadła na powrót. Wstała kolejny raz, podeszła do okna i łapiąc Tomka za klapy marynarki wysyczała: – Chcecie wyjechać?  Tak, po prostu! I zostawić mnie z Apolonią samą?
Jej oczy zdradzały wściekłość, jakiej jeszcze nigdy nie dane jej było doświadczyć. Tomasz zachwiał się. Próbując wyswobodzić się z jej uścisku przewrócił doniczkę, która z wielkim rumorem spadła na podłogę roztrzaskując się na kawałki. Zaskoczony własną reakcją otwierał i zamykał usta przypominając tym wyciągniętą z wody rybę.
– Zośka proszę cię, przecież wiesz, że tyko ciebie mamy, tylko tobie możemy zaufać…. – Podbiegając do siostry i łapiąc ją za nadgarstki, Anna próbowała załagodzić sytuację.
– Jesteście nienormalni! – tarmosząc Tomka, nie ustępowała Zośka.
Nagle, gdzieś z krzaków pod kamienicą dało się słyszeć szamotaninę i prychanie przestraszonego kota. Światło ślepej latarni zamrugało i zapłonęło mdłą poświatą. Na murze naprzeciwległej kamienicy pojawiły się dwa cienie.  Prześlizgnęły się  niczym języki smakujące lodowy deser i znikły zlewając się z mrokiem.
– Nieee! – wykrzyknęła Zośka, ni to w twarz Tomasza, ni w gardziel okna. Jej głos zachrypiał i odbił się echem od ścian salonu. Słysząc to, rozluźniła uścisk.
 – Nieee! To nie dzieje się naprawdę!
Tomasz korzystając z chwilowej dekoncentracji szwagierki jednym szarpnięciem wyswobodził poły swojej markowej marynarki. Jednocześnie robiąc unik przed ciosem jaki niewątpliwie wylądowałby na jego twarzy, osunął  się na krzesło niefortunnie wyrosłe za jego plecami.
– Oszalałaś! – Jęknął, łapiąc jej rękę. – Przecież możemy najzwyczajniej w świecie o tym porozmawiać.
– Ależ Zośka, tego się po tobie nie spodziewałam. – Anna zrobiła urażoną minę i gładząc nieistniejące fałdki na spódnicy, podniosła zadziornie głowę. Poczym obejrzała swoje wypielęgnowane dłonie i wydeklamowała :
– Że wyjeżdżamy, to już postanowione. Nikt i nic tego nie zmieni. A ty Zośka możesz się z tym zgodzić, lub nie. Już mnie to nie interesuje. Pomyśleliśmy, że zamiast zostawiać Apolonię w ośrodku ty mogłabyś zrobić wreszcie coś dobrego dla rodziny. Nie masz swoich dzieci i nie zanosi się na to byś je kiedykolwiek miała. Odstraszasz facetów jak dżuma. Nawet Heniek nie wytrzymał tej twojej oziębłości. A poza tym, tak się wkręciłaś w ten kiczowaty balet, że ktoś wreszcie powinien sprowadzić cię na ziemię. A któż to może zrobić lepiej niż starsza siostra, prawda?
– Co ty bredzisz ?  Pola was potrzebuje, ja nie zastąpię jej rodziców, nie dam rady!
– Taaak? Mogłaś pomyśleć o tym wcześniej. – Wysyczała Anna zrzucając z półki drewnianą szkatułkę.  – Mam dość, ona już inna nie będzie i ty o tym dobrze wiesz! Mam ci sporo do zawdzięczenia kochana siostrzyczko, nieprawdaż?  Gdybyś wtedy nie była taka pruderyjna wszystko potoczyłoby się inaczej…
– Dziewczyny, o czym wy mówicie?
Obie jednocześnie spojrzały w stronę Tomka. Klęczał na podłodze. W jednej ręce trzymał naszyjnik, w drugiej szkatułkę z zwisającym bezładnie wiekiem. Obie jednocześnie doskoczyły do niego. Zofia wyrwała mu wisiorek. Włożyła go do skancerowanej szkatułki i z trzaskiem zamknęła wieko. Z wściekłością spojrzała na Ankę.
 – Zawsze byłaś nieodpowiedzialna i szybko się nudziłaś zabawkami. Miałam nadzieję, że tym razem będzie inaczej! Pomyliłam się.
 – I kto to mówi,  zepsuta stara panna kręcąca piruety? Pamiętaj, kiedyś obudzisz się i będziesz całkiem sama. – Wypaliła Anka wzruszając ramionami.
 – O co w tym wszystkim chodzi?
 – Nieważne, nie wtrącaj się do tego! Zośka już dobrze wie. Jeśli nie weźmie na siebie części zobowiązań Apolonia spędzi resztę życia w ośrodku.  Moja cierpliwość się skończyła. Mam zamiar korzystać z życia, jak normalna kobieta.
Za ścianą dał się słyszeć płacz dziecka. Tomasz wyciąga ręce z kieszeni. I już miał ruszyć w stronę niedomkniętych drzwi do sypialni, gdy napotykał na  piorunujące spojrzenie żony.
 – Ani się waż! –  I tak już za dużo zrobiłeś. Sarkazm Anny zawirował  w powietrzu. – Wychodzimy  – zakomenderowała Anna.
Nie oglądając się za siebie ruszyła w stronę wyjścia.  Tomasz bez słowa ociągając się i człapiąc zrobił to samo.

Zofia stała przez chwilę nie mogąc się zdecydować, czy ich zatrzymać, czy zająć się płaczącą Polą? W końcu weszła do sypialni. 
– Ciiii kochanie, to był tylko koszmarny sen.

Wtedy ostatni raz widziałam Anię i Tadzika – myśli Zofia i uśmiecha się smutnie. Na dworze wciąż pada deszcz. Po upalnym dniu nie pozostało śladu.
 Naraz drzwi wejściowe otwierają się i do mieszkania niczym torpeda wpada dziewczyna. Śpiący pies zrywa się i skacząc radośnie wita swą panią. Pola łapie go za szyję i wtula oblepioną mokrymi strąkami włosów twarz w sierść szczęśliwego zwierzaka.  Po chwili obraca się w stronę okna i robi piruet.
 – Ciociu, ciociu..! – prawie piszczy, podekscytowana – nareszcie…
 – Co nareszcie? – Zofia podnosi głowę i pośpiesznie usuwa krzesło z drogi Poli.
– Dostałam rolę, ciociu, pożyczysz mi swoje baletki na szczęście?

Podbiega do zaskoczonej ciotki i łapiąc ją w pół zaczyna tańczyć. Firanki łopoczą w niedomkniętym oknie. Na dworze już tylko siąpi. Gdzieś za ścianą ktoś na gitarze gra cygańską pieśń. Pokój na chwilę staje się sceną. Pola wyjmuje z plecaka żółtą różę i chwytając jej łodyżkę zębami podaje ją cioci. Zofia opada na krzesło ciężko dysząc.

– Dla takiej chwili było warto – myśli.

Klaszcząc wystukuje siostrzenicy rytm. A Pola kręci piruet po czym kłania się i kłania… 

środa, 3 lutego 2016

Miały być postanowienia noworoczne, ale....




...  na to przyjdzie jeszcze czas, wszak  Rok mamy długi i wszystko zdarzyć się może. 

Tymczasem moje słowne ziarenka powoli kiełkują. To czym dzisiaj chcę się z Wami podzielić jest częścią szkicu do mojej " powieści". W miarę jak moja praca będzie się posuwać do przodu postaram się wrzucać tu fragmenty moich .... hmmm, sama nie wiem jak to nazwać, "twórczych wypocin". 

 Życzę miłej lektury.



P.P. czyli przeczekać przeznaczenie.

Szkic powieści 

Część pierwsza
Rozdział I
Jutro znów będzie nowy dzień



… wchłonęłaś całe zło tego świata. Zasmakowałaś każdej możliwej krzywdy. Przyszedł czas na to, by wypełniło się, co przeznaczone. Teraz może być tylko lepiej. Wykorzystaj dobrze ten czas, a będzie ci dane doświadczyć…

Łagodny męski głos penetrował zakamarki jej czaszki.

…Teraz policzę wstecz od dziesięciu do jednego i pstryknę palcami. W tym momencie otworzysz oczy… – Sześć, pięć, cztery – za chwilę otworzysz oczy i nic, co było, nie będzie już takie jak wcześniej. – Trzy, dwa, jeden –  otwórz oczy i idź z wiarą przed siebie…

Za oknem z wielkim jazgotem przejechała ciężarówka zagłuszając ostatnie słowa mantry sączącej się z głośników komputera. Pola otworzyła oczy i z dezaprobatą wykrzywiła usta.
– Tym sposobem moje pięć minut właśnie się skończyło – wymamrotała. – Czy policja nie powinna ścigać takich wariatów? Przecież brak tłumika to nie tylko hałas, to także zanieczyszczenie środowiska! – Tak, tak ochrona środowiska jest najważniejsza i każdy powinien o nie dbać, nawet taka kruszyna jak ty, Pola!
Pola zmarszczyła brwi i rozluźniła mięśnie ud. Właśnie uświadomiła sobie, że myśli głosem ciotki Zośki. Hmmm? - Zaszeleściło jej w głowie - coś chyba w tym musi być. – Obiecuję, że będę segregować śmieci – warknęła sama do siebie. I zapomnę o tym dupku! To przecież śmieć!
Uuuuu…. – Przestań Pola! – tym razem głos w głowie był donośniejszy i zdawał się nie akceptować jej wcześniejszej myśli. – Nie możesz tak myśleć! – A właśnie, że może, wszystko jest do dupy! Nie powinna być taka naiwna. – Teraz głosów było jakby więcej. Przekrzykiwały się i każdy z nich próbował przelicytować poprzednika. Wróciły nawet te, które Pola pozbawiła prawa głosu kilkanaście lat temu. 
– Boże, ja wariuję.
Obróciła się na brzuch i nakryła ramionami głowę. Miała wrażenie jakby z całego ciała pozostała jej tylko pulsująca czaszka, która lada chwila eksploduje. Już dawno nie czuła tak silnych energii.
– Muszę skończyć z tymi eksperymentami. Karina ma rację. Powinnam pogodzić się z tym, kim jestem. – Ale już nie potrafię – jęknęła.
– Coś zrobiłaś nie tak… coś przeoczyłaś… jutro znów jest dzień. Jutro znów jest nowy, pieprzony dzień – zaświergotało jej koło ucha. Przez chwilę słyszała jeszcze buczenie muchy natrętnie okupującej szklankę niedopitej herbaty stojącej tuż obok na podłodze i gwar dolatujący z podwórza. Aż głosy ucichły. A realny świat zdawał się nie zauważyć zmiany jakiej właśnie doświadczyła. Wszystkie znane jej dotąd zapachy i dźwięki poczęły na powrót otaczać ją kokonem bezpieczeństwa, który utkała w nadziei, na jak to nazywała „ normalność”.  – Jutro jest znów nowy dzień – pomyślała jeszcze, poprawiając zmierzwione – leżeniem na podłodze włosy.
Podniosła się z gracją tancerki i z łoskotem zamknęła okno.

– Czy coś się stało? Z kim rozmawiasz i dlaczego te drzwi są zamknięte? – głos ciotki był dziwnie niespokojny.
Strojąc miny, Pola strzepnęła niewidzialne paprochy z pupy. – Znowu? – Kiedy ostatnio te drzwi były zamknięte? – pomyślała z wyrzutem. – Czy ja nigdy nie będę mogła być sama? Czy już na zawsze jestem skazana na obecność tych „normalnych”?
Wydęła policzki i głośno wypuściła powietrze. Podchodząc do drzwi potrąciła liść fikusa  na którym złocista mucha z przeźroczystymi skrzydełkami urządziła sobie kącik czystości. – Ileż tego paskudztwa namnożyło się w tym roku – pomyślała słysząc, jak owad z cichym buczeniem odfruwa w głąb pokoju.
– Nic się nie stało, próbuję choć przez chwilę pobyć sama ze sobą. Czy to takie dziwne, że chce się mieć odrobinę prywatności we własnym pokoju?
 Podeszła do drzwi i dotykając klamki oparła głowę o framugę. Przez chwilę zawahała się. Nie miała ochoty na rozmowę z kimkolwiek, a co dopiero z nadopiekuńczą ciotką Zośką. Klamka poruszyła się.
– Pola, czy wszystko w porządku. Nie strasz mnie, otwórz drzwi.
– Za chwilę. Ubieram się – skłamała.
 Klamka ponownie podniosła się i opadła. Nie było żadnego sensownego powodu, oby trzymać ciotkę za drzwiami, więc Pola chcąc nie chcąc przekręciła klucz w zamku. Drzwi otworzyły się i do pokoju cieniutką strużką wpłynął  zapach mięty, a tuż za nim posuwistym krokiem, ostentacyjnie wzdychając weszła ciotka Zofia.
– Nie jestem już małym dzieckiem ciociu, potrzebuję czasami odrobiny intymności – Pola nie kryła rozdrażnienia.
Od kiedy wyszła na jaw afera z kamienicą w której mieszkają, ciotka zachowywała się co najmniej irracjonalnie. Miewała napady śmiechu, to znów całymi dniami chodziła jakby w jakimś transie, a nocami Pola słyszała jak szlocha i modli się w sobie tylko znanym, dziwacznym języku.
– Wiem, nie miałam zamiaru ci przeszkadzać, ale zdrzemnęłam się przez chwilę i miałam taki koszmarny sen…
– wyluzuj Pola – Pola wyszeptała sama do siebie zagryzając zęby i przygryzając sobie policzki. Była dziwnie podenerwowana i rozdrażniona. Wizyta ciotki utwierdziła ja w decyzji którą właśnie podjęła.  Całą sobą walczyła by nie powiedzieć czegoś czego później mogłaby żałować.
– Coś mówiłaś? – ciotka przestąpiła z nogi na nogę, co jeszcze bardziej zirytowało Polę.
– Nie, nic, tylko głośno myślę. Co to był za sen?
Pola przełożyła teczkę z choreografią nowego przedstawienia z biurka na stolik przy oknie. – Mam dużo pracy. Jestem umówiona z Kariną. Będziemy ćwiczyć nowe układy.
Ciotka po raz kolejny westchnęła. Ale Pola nie miała ochoty na rozmowę i pocieszające slogany. Wiedziała czym się to może skończyć. Znów pokłócą się o rodziców, wyjdzie sprawa Nowackich, a na koniec obrażą się na siebie na dobry tydzień. Wolała wykręcić się chwilową niedyspozycją. Udawała, że coś wyjmuje, nad czym się zastanawia.  Przesuwała papiery na biurku, ustawiała książki na półce i ocierając się raz po raz o ciotkę przemierzała swój niewielki pokój, by tylko sprowokować ją do wyjścia.
– I co z tym snem? – ponagliła, mając nadzieję na to, że ciotka szybko streści to, co leży jej na sercu i pójdzie sobie. – Naprawdę mam dużo pracy, a jeszcze wczoraj mama Mateuszka stwierdziła, że może lepiej by było go oddać do szkoły z internatem dla niewidomych. Masz pojęcie sto kilometrów od domu. Czasami jej nie rozumiem. Muszę pomyśleć jak ją odwieźć od tego pomysłu.
    – Właściwie, to nie pamiętam, ale wiem, że był straszny. Uważaj Pola, bo sny mogą się spełniać – stwierdziła ciotka, opierając się o ścianę i trącając przy okazji nieszczęsnego fikusa, który stał się ulubionym miejscem spoczynku niechcianej współlokatorki Poli – tłustej muchy.
– Trzeba coś zrobić z tymi muchami, są wszędzie. – Prychnęła ciotka, jakby zobaczyła co najmniej chmarę owadów. Przez chwilę jej rozkojarzenie zastanowiło Polę. Ciotka bowiem  nie miała w zwyczaju przeskakiwania z tematu na temat. A tym razem, wyglądało na to, że nie słuchała siostrzenicy. Z jakiegoś ważnego tylko sobie powodu jej myśli krążyły ewidentnie wokół koszmaru jakiego doświadczyła.
– Przecież nie pamiętasz co ci się śniło. Sny są własnością osoby, której się śnią. Więc co to ma wspólnego ze mną? Czy ja tam też byłam? – Pomimo że pytanie wydawało się błahe, Pola wcale nie chciała znać odpowiedzi na nie. Miała przedziwne wrażenie jakby wiedziała o czym śniła ciotka i wcale a wcale jej się to nie podobało.
– Miałyśmy iść dzisiaj do fryzjera. – Ni z stąd ni z owąd ciotka zmieniła temat. – Obiecałaś ściąć włosy na moje urodziny. 
– Przecież twoje urodziny są dopiero za miesiąc. Nie przypominam sobie, abym cokolwiek ci obiecywała, a poza tym, nie wiem, czy chcę dzisiaj gdziekolwiek wychodzić. Jestem zmęczona i mam dużo pracy.
– Ostatnio ciągle jesteś zmęczona i nie masz w ogóle dla mnie czasu. Czy o czymś powinnam wiedzieć? Jesteś jakaś, no nie wiem jak to powiedzieć, nie taka – odchrząknęła – no nie taka, jak dawniej, a w każdym bądź razie – hmm – nie wiem, co o tym myśleć.
Uchwyciła dłoń Poli i przyciągnęła ją ku sobie. Pola poczuła chłód jej palców. Były długie, smukłe i zakończone krótko wypiłowanymi paznokciami.  Odkąd pamięta ciotka miała zimne dłonie. Niczym nie przypominały dłoni mamy, których żaru niejednokrotnie dane jej było doświadczać w dzieciństwie. – Ale to było wieki temu. – pomyślała Pola. – Dlaczego właśnie dzisiaj wszystko sprowadza się do przeszłości? Nie chcę tego pamiętać! To jakiś koszmar. – skrzywiła się na wspomnienie siebie w kojcu o wymiarach wybiegu dla miniaturowego jamnika.
– Zrobiłam ci herbatę. Wypij póki ciepła. Wzmocnisz się. – Ciotka nie puszczała jej nadgarstka. – Masz taki słaby puls.
– Nie lubię mięty ciociu, przecież wiesz. Nie powinnaś zwozić tego zielska ze wsi. Całe mieszkanie jest tym przesiąknięte. I moje ubrania też. Jeszcze ktoś pomyśli, że jesteśmy wiedźmami. Karina niedawno pytała o właściwości tego paskudztwa.
Ciotka znów westchnęła i zachrząkała zmieszana. Pola wyobraziła sobie jak Karina dopytuje o sposób sporządzania miętowej nalewki – sekretu ciotki. W myślach już widziała jej zakłopotanie i pokrętne, wymijające odpowiedzi. Tak jak wtedy, kiedy Pola pytała o rodziców. Ciotka była mistrzynią lawirowania. Zawsze potrafiła tak zaplątać opowieść, że wcześniejsze pytanie stawało się mało istotne, a słuchaczowi wydawało się, że dostał odpowiedź na wszystko co go interesowało. Uśmiechnęła się do tych obrazów. Gdyby tylko w jakiś sposób można było ukartować ich spotkanie i sprowokować je do wymiany przepisów na mieszanki odstraszające wyimaginowane złe moce ciotki. Zachichotała na myśl o takiej ewentualności i sięgnęła po ponadgabarytowy kubek z ogromnym sercem wygrawerowanym przez Patryka Majdana. Pryszczatego podrostka, wiecznie snującego się za nią i wzdychającego za każdym razem gdy Pola – niby to przypadkiem – przechodziła tak aby go musnąć.

Nagle całe napięcie prześladujące ją tego dnia opadło. Uśmiechnęła się i objęła ciotkę. – No już dobrze, jutro będzie nowy dzień, jutro znów będzie nowy dzień!