poniedziałek, 15 lutego 2016

Ona zmarnuje ci życie




P.P.
Szkic
Rozdział III



Kiedy wiatr przepędza z niebieskich pastwisk ostatnie stada chmur, niebo rozsuwa zasłony i wpuszcza na Ziemię pojedyncze promieni słońca. Gdyby nie opatuleni ciepłymi ubraniami przechodnie wydawać by się mogło, że zima tego roku chce zatrzymać dla siebie wszystkie barwy jesieni. Zeszłoroczne pelargonie próbując ogrzać się pod resztkami pożółkłych liści drżą strząsając ze swych brunatno-czerwonych sukienek, igiełki zmarzniętej szadzi. Cienie nocy łagodnie opuszczają ściany kamienic, a wybrańcy słońca przeglądając się w sklepowych witrynach, pozdrawiają tych nielicznych, którzy pogrążeni w swoich myślach przemykają pustymi jeszcze ulicami miasta.

W takiej to oto scenerii otwiera się okno i  zza plątaniny woali wychyla się twarz kobiety. Jej nie do końca rozbudzone zmysły zachwycają się porankiem. Kobieta odsuwa firankę i wychylając się jeszcze bardziej. Wystawia twarz do słońca. Orzeźwiający chłód oplatając jej szyję wślizguje  się delikatnie między rozgrzane jeszcze snem piersi i błądzi w zakamarkach różowej koszuli. Kobieta marznie. Otula się szczelnie miękkim szlafrokiem i nasłuchuje.
          – Jeszcze chwila i go usłyszę – szepcze. Tak jakby obawiała się, że spłoszy ten czar, który właśnie przypadł jej w udziale. Tę błogość chwili odczuwaną każdorazowo, gdy jej zmysły doznają tej cudownej, energetyzującej dawki zapachu budzącego się miasta.
Piętro niżej ktoś również otwiera okno. To sąsiadka Poli - Pani Nowacka. Właśnie przygotowuje śniadanie. W powietrzu unosi się woń świeżo parzonej kawy i jajecznicy z cebulą.
Aromaty wirują, mieszają się i wślizgują do pokoju Poli ciężko osiadając na świeżo wypranych firankach. Kobieta upaja się nimi i bezwiednie kierując język ku podniebieniu przełyka ślinę. Nie sposób oprzeć się takiej pokusie. Jest głodna. Przypomina sobie, że nie jadła od wczorajszego poranka.
Jeszcze chwila i skosztuje sałatki przygotowanej specjalnie dla niej przez ciocię Zosię. Tymczasem opiera się o parapet. Dotyka udami starego, żeliwnego kaloryfera. I pomimo, że czuje przejmujący chłód nie cofa uda. Słońce straciło już swoją moc i nie grzeje tak intensywnie jak przed kilkoma miesiącami, a mimo to Pola wystawia swoją piegowatą twarz w jego kierunku. Ma nadzieję, że doda jej odwagi i naładuje pozytywną energią na cały dzień. Kilka spraw do załatwienia od jakiegoś czasu zaprząta jej głowę. Przedwczoraj zrobiła listę, a wczoraj przeczytała ją jeszcze raz i dopisała kilka pozycji.
Dudnienie przejeżdżającego w oddali składu towarowego przypomina jej, dlaczego i tym razem przezornie stanęła w oknie.
– Mogę zacząć dzień, na pewno się uda  – pomyślała w duchu.
Turkot pociągu nasilił się. Skład towarowy wjechał na most. Głos niesiony nurtem Odry odbił się echem od sąsiedniej kamienicy i Pola przekonana o remedium oddała tej chwili całą siebie. Marcowy wiatr chłodzi jej rozpaloną twarz i rozwiewa cynamonowe włosy. Poddając się jego podmuchom Pola wciąga powietrze nosem, a wtedy jej piersi unoszą się i pęcznieją, by po chwili świszczącym wydechem zapaść się wciągając za sobą brzuch niczym krater wulkanu. Dziewczyna powtarza tę czynność kilka razy i opierając dłonie o parapet, przeciąga się. Robiła tak już nie raz, w nadziei, że Adam jednak wyjrzy przez swoje okno, zobaczy jej rozwiane włosy, które tak lubił, usiądą każde na swoim parapecie i będą jak dawniej śmiać się opowiadając sobie sprośne dowcipy i dotykając swych dłoni obiecywać, że zapamiętają każdą swoją linię papilarną, każdą dziecięcą bliznę - na zawsze.

Pola lubi to okno, zna każdą szczelinkę w wiekowym, dawno nieodnawianym, drewnianym parapecie. Przesuwając dłonią po nierównościach przypomina sobie siebie, jako małą dziewczynkę i ojca mówiącego gwarą, której nie znosiła jej mama.
– capnij se na fynsterbret i dej no kusik w kichol – prawie słyszy głos ojca. Uśmiechając się do tego wspomnienia, ma wrażenie, że jeszcze wczoraj ojciec sadzał ją na parapecie, gilgał, przytulał a potem długo tłumaczył jak wygląda lokomotywa, dlaczego jej głos słychać zanim wynurzy się zza zakrętu i wtoczy na peron. Opowiadał o topolach stojące wzdłuż torowiska. O tunelu i moście na Odrze. Pozwalał wychylać się przez okno i udawać ptaka. Trzymając ją za rączki mówił, czym jest ptasia wolność i jak można latać nie odrywając stóp od ziemi.
– Brakuje mi ciebie tato. Muszę wreszcie porozmawiać z Adamem, a to nie będzie takie proste. Myślisz, że powinnam wyjechać? – Wiedząc, że nie uzyska odpowiedzi napomina się w myślach – Ja tylko chciałam…
Tymczasem z okna poniżej dobiegają odgłosy porannej krzątaniny. Pola zna te odgłosy, zna również Adama.
 – Dzisiaj jest środa – myśli Pola. Pani  Nowacka szykuje śniadanie dla rodziny. Za chwilę usłyszy: – Adam wstawaj, już siódma.
 – Adam wstawaj, już siódma! – Echem  myśli Poli woła Pani Nowacka.
Pola wzdycha i odwraca się od okna.
– Dlaczego to wszystko jest takie trudne? Przecież…
Dotyka dłonią czoła. Odsuwa niesforny kosmyk włosów, wciąż opadający jej na nos. Przypadkowo trącony kolczyk rzuca na policzek Poli świetliste refleksy upodabniając jej buzię do plaży, na którą morze wyrzuciło kruszyny mieniących się w słońcu bursztynów. Gdy była mała, dzieci nazywały ją Pippi Longstocking, ale odkąd w piaskownicy wytargała Wiktorkowi garść włosów, zaczęły się jej bać i nie chciały się już z nią bawić.
Pola przesuwa kolczyk miedzy palcami i obiecuje sobie, że tym razem niczego nie spieprzy. Tym razem  postara się bardziej.
– Mam jeszcze całą godzinę. Zdążę wziąć prysznic i napić się kawy.
Wyznaczonym, utartym szlakiem, pewnym, energicznym krokiem kieruje się więc do kuchni. Jeszcze tylko leciutko muśnie łydką framugę drzwi i za chwilę bose stopy poczują szorstki kuchenny dywanik. Przesuwa dłonią po kuchennym blacie.
 – Ani jednego okruszka, jestem idealna – chwali siebie w myślach. Prawie jak ta „Perfekcyjna Pani Domu” z programu w telewizji.
Pola uśmiecha się na wspomnienie wczorajszego monologu kobiety sławiącej ład i porządek. Przez chwilę nawet współczuje mężowi tej pani, ale robiąc kilka kroków w kierunku stołu, stwierdza, że sama czasami przesadza z czystością.
– Adam byłbyś ze mnie dumny – szepcze. – Gdyby tylko …
Pola stawia czajnik na kuchence i wyobraża sobie jakby to było, gdyby Adam był przy niej. Gdyby to on stawiał ten cholerny czajnik na właściwym miejscu i gdyby ona nie musiała sama chodzić do łazienki…
Policzki Poli różowieją. Wspomnienia powracają. Oddech Adama na jej karku staje się dziwnie rzeczywisty. Już kiedyś tak było i nie były to tylko fantazje. Już kiedyś Pola dotykała Adama i Adam dotykał Polę. Nie jak sąsiadkę, czy koleżankę, ale inaczej. I wtedy Pola poznała prawdziwego Adama…
Tamtej środy – jak każdej środy, Pola usłyszała:  – Adam wstawaj, już szósta. Zaraz potem przeraźliwy krzyk Pani Nowackiej
– Ona zmarnuje ci życie! – Adam… przecież ona jest ślepa!



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Dziękuję, za każde słowne ziarenko, które tu zostawiasz.