piątek, 5 lutego 2016

Trudne decyzje

P.P.
Szkic
Rozdział II




Zofia odkłada książkę. Opiera łokcie o blat stołu. Zamyśla się. Zamykając oczy kołysze brodę w zagłębieniu dłoni i widzi jak żółta róża upada pod jej stopy. Słyszy gromkie oklaski i wiwaty widowni. Publiczność wstaje z miejsc, a ona się kłania i kłania i serce jej rośnie i pęcznieje z dumy. Znów ma trzydzieści lat. I nie wie jeszcze, że ta róża…
– Staję się sentymentalna. – wzdycha otwierając oczy. – Przydałoby się dorosnąć!
– Dorosnąć? A po co? – Jesteś moją słodką dziewczynką – mawiał Henryk przykrywając jej nagie ciało zgrzebnym płótnem. – Nie ruszaj się, nie śmiej się Zosiu, pozostań w tej pozie!
A potem znikał na długie godziny za sztalugą, a ona czuła na swym ciele dotyk jego oczu, czuła zapach farb zmieszanych z jego męskim wyrazistym zapachem, czuła tę miłość unoszącą się w pracowni i otulającą każdy centymetr jej jestestwa.

Nie dorosła, czas znacząc jej twarz siateczką zmarszczek nie zmienił jej duszy. Wciąż potrafiła fantazjować, wciąż miała marzenia i wciąż wierzyła…

Dzisiaj jest sama, tylko pies Poli leży rozłożony na dywanie i chrapie. Zofia rozgląda się po pokoju. Jest idealnie wysprzątany. Poświęciła mu cały dzisiejszy dzień. Ze ściany uśmiecha się do niej baletnica w tanecznej pozie – obraz namalowany przez Heńka podczas ich pierwszych i zarazem jedynych wakacji na Sardynii. Zofia odwzajemnia uśmiech, przypominając sobie swoją pierwszą miłość. Byli wtedy tacy młodzi. A ona, Zofia chciała tylko tańczyć.
Kobieta zaciska dłoń w pięść i przygryza wargę. Ból, jaki sobie sprawia pozwala nie myśleć. Czując nierówne bicie serca wstaje i otwiera okno. Wychyla się. Łapczywie wdycha nasycone wilgocią powietrze. Mdłości zwolna ustępują. Serce uspakaja się. Z zarośli za starym młynem nieopodal Odry dolatują do uszu Zofii delikatne trele ptasiej muzyki. Lada moment i one ucichną. Wrzesień tego roku jest wyjątkowo upalny. Dlatego dolegliwości Zofii powróciły. Kobieta zauważa pod ścianą sąsiedniej kamienicy stadko ptaszków zażywające kąpieli w kopczyku piasku pozostawionym przez robotników po niedawnym remoncie. Bury kot sąsiadów przyczajony za krzakiem czarnego bzu ma nadzieję na łatwy obiad.
 – Jeszcze chwila i będzie jesień – myśli Zofia widząc jak kocisko skrada się zamiatając ogonem pożółkłe liście opadłe ze starej wierzby dzielącej dziedziniec z karłowatym krzakiem bzu.
Od południa niebo zakrywa ciężka granatowa chmura. Słońce jak gdyby nie chcąc ustąpić, maluje chmury różowo-czerwoną poświatą. Ledwo wyczuwalny wietrzyk muskając rozgrzane liście pelargonii niesie od rzeki zapach zbutwiałych szuwarów i rozkładającego się mułu. Ulica pustoszeje. Nieliczni, którzy nie zdążyli schronić się przed deszczem, osłaniają głowy, czym popadnie. Jakaś para młodych ludzi przystaje w bramie. On opierając się o suchy kawałek muru coś jej tłumaczy gestykulując. Ona przez chwilę przysłuchuje się jego wywodom, obciąga przykrótką bluzkę i uśmiecha się figlarnie. Po czym przysłania mu usta dłonią i przerywając jego tyradę parska śmiechem. Przez moment on patrzy na nią zaskoczony, po czym ich oczy spotykają się. Oboje milkną. Ręka chłopaka wplątuje się we włosy dziewczyny. Zatapiają się w swoim spojrzeniu. Dziewczyna odchyla głowę, a on przyciągany jakimś niewidzialnym magnesem obsypuje jej szyję pocałunkami. Usta obojga spotykają się, a niebo jakby w odpowiedzi na ich igraszki mruczy nadciągającą burzą.
Zofia widzi jak zakurzony skwer przed kamienicą odzyskuje zieloną barwę, a nad drogą unosi się mgiełka parującej deszczówki. Powietrze nasyca się zapachem mokrej ziemi i gorącego asfaltu. Nareszcie pada.
Wtedy też było parno, a potem padało – myśli Zofia przymykając okno.
Anna nie lubiła deszczu. Twierdziła, że źle jej robi na cerę i włosy. Że kiedyś wszyscy sparszywiejemy jak te pomidory w polu. I ci, co będą chcieli być normalni, będą musieli żyć w szklarniach chroniąc się przed kwaśnymi deszczami i innymi świństwami.
          Bóg jeden wie, gdzie teraz jest Anna i czy jej cera jest równie delikatna jak była trzydzieści lat temu?
Zofia podchodzi do komody, na której rzędem niczym szwadron żołnierzy stoją fotografie. Jedne oprawione są w bogato rzeźbione ramki, inne swą surowością przypominają wiejskie lustra osadzone w bielone drewno, a jeszcze inne pozbawione ram Pola nazywa „antyramami”. Kobieta unosi jedną z nich i wpatrując się w twarz dziewczyny przeciera szybkę rękawem. Z czułością przesuwa palcami po bogatych zdobieniach.
Gdzie jesteś Aniu? Ona cię tak bardzo potrzebuje – myśli Zofii przywołują siostrę. Ale w odpowiedzi słyszy tylko krople deszczu dudniące o parapet. – Jesteście do siebie podobne jak te dwie krople wody.
          Twarz Zofii ma blado ziemisty odcień, bruzdy na czole zdają się pogłębiać i kobieta opierając się o wiekowy mebel stara się utrzymać równowagę. Dialog prowadzony z duchem siostry przynosi częściową ulgę. Zofia odstawia fotografię z namaszczeniem na swoje miejsce. - Muszą stać idealnie, bo inaczej Pola będzie się gniewać.
Powracające wspomnienia zdają się natarczywie wyglądać z każdego kąta. Na dworze chmury zdążyły już zasłonić niebo i w mieszkaniu panuje półmrok. Zofia nie zapala jednak światła. Lubi te wczesno wieczorne chwile. Chwile przeznaczone tylko dla niej. Wyjmuje z etui płytę Edith Piaf i wkłada ją do odtwarzacza.
Przez moment jej myśli wędrują do Poli. Siostrzenica staje przed nią w tej swojej pozie dumnego pawia. Z wydętymi policzkami i zadartym małym noskiem upstrzonym niezliczoną ilością nieregularnie porozrzucanych piegów. Kropka w kropkę wygląda  jak Anna. Nawet odruch odsuwania włosów z czoła odziedziczyła po swojej matce.
Takie wspomnienia zwykle przyprawiają Zofię o szybsze bicie serca. Jej policzki znów nabierają brzoskwiniowego blasku, a usta różowieją i ich kąciki drżąc unoszą się ku górze. Kobieta podnosi ze stołu porzuconą książkę, ale nie czyta jej, odnosi do pokoju Poli i stawia w szeregu z innymi. Przesuwa opuszkami palców po grzbietach starych woluminów pamiętających dłonie Tomasza i malutkie rączki Pi.

Ochrypły głos Edith faluje w powietrzu ulubioną piosenką Zofii.
 „ Non, je ne regrette rien  1”. Kobieta poddaje się urokowi chwili i kołysząc się nuci:

„ Nie, absolutnie nic...
Nie! Nie żałuję niczego
To spłacone, zamiecione, zapomniane
Nie obchodzi mnie przeszłość!”


Muzyka wypełniając pokój, tłumi pomruki mijającej burzy, a firanka w półprzymkniętym oknie zdaje się mocować z napierającym wiatrem.
Zofii marzną stopy, więc kobieta przechadza się po pokoju próbując jednocześnie nie zwracać uwagi na coraz częściej pojawiające się nierówne kołatanie serca. Pies zdziwiony jej marszem podnosi głowę i merda uspakajająco ogonem.
– Gdybyś tylko wiedział, jak trudno jest zrozumieć – piesku. – Jak trudno pogodzić się z wciąż biegnącym czasem, którego nie sposób okiełznać.
Firanka przegrywając zapasy z wiatrem przewraca doniczkę stojącą na parapecie. W tej samej chwili kobiecy szloch miesza się z muzyką wypełniając po brzegi mieszkanie przy ulicy Parkowej 3 w Opolu.

Stara kamienica kolejny raz staje się niemym świadkiem wypełniającego się właśnie przeznaczenia.

Troistość postrzegania rzeczywistości pomaga Zofii. Tłumaczy zdarzenia, które wydarzyły się kiedyś, a które dzisiaj domagają się wypełnienia.  – „To z którego powstaje. To które powstaje. To które jest… „ – szepcze Zofia, biegnąc myślami do dnia w którym widziała swoją siostrę po raz ostatni.
Wieczór bardzo podobny do dzisiejszego. I nawet te same cienie. Take same języczki światła z ulicznych latarni wpadające przez okno i liżące obraz „Baletnica”, wiszący na ścianie salonu mieszkania Bednarskich. Wtedy też zdawało się, że suknia baletnicy faluje, a jej włosy mienią się różnymi odcieniami bursztynu. Refleksy światła dające złudzenie, jak gdyby dziewczyna na obrazie właśnie skończyła swój taniec i zdziwiona reakcją publiczności czeka na moment w którym rozlegną się owacje.
I ona, starsza siostra Zofii – Anna, taka wytworna w swojej nowej kreacji, jak dama z Hollywoodzkiego filmu. Stoi teraz na środku salonu w tej swojej pozie dumnego pawia. Kremowa garsonka podkreślała jej idealną figurę i dodaje głębi mocno umalowanym oczom. Zofia w skrytości zazdrościła siostrze urody i przebojowości. Podziwiała jej upór i łatwość z jaką Anna manipulowała ludźmi. Siostra bez skrupułów wykorzystywała nadarzające się okazje, by błyszczeć i brylować w towarzystwie. Dziewczyna swoją nieodpowiedzialnością nadwyrężała reputację rodziny i prowokowała rodzinne awantury.
Zośce nigdy nie starczyło odwagi by dołączyć do grupy niesfornych nastolatków, którym przewodziła niegdyś Anna. Nie potrafiła zrozumieć bezsensowności upijania się i balowania do rana. Bólu głowy i mdłości w żołądku. Zarwanych nocy i przegapionych sesji. Zośkę interesowało tylko jedno, wiedziała, że jej przeznaczeniem jest balet.
A Tomasz? Facet stojący krok za swoją żoną w niczym nie przypominający Tomka Zapolskiego z przed kilku lat.. Zośka poznała go, w dość dziwnych okolicznościach. Był studentem ostatniego roku weterynarii, a Zofia właśnie zdała na studia muzyczne. Dodatkowo pracował  w Ogrodzie Zoologicznym i tak jak ona, opiekował się wybranymi zwierzętami w opolskim schronisku. Nie lubił imprez i rzadko brał w nich udział. Spodobali się sobie od pierwszego spotkania. Potrafił tak dobrze słuchać i rozumiał to co, inni uważali za śmieszne i niewiarygodne. Ich dobre stosunki skończyły się z chwilą gdy Zośka przedstawiła mu Ankę.
– Trafiła kosa na kamień – pomyślała Zośka podsłuchując rozmowę siostry z koleżanką: – Anka znów byłaś w schronisku, przecież robisz z siebie frajerkę, tacy nie kochają się w takich jak my. Głos Dagmary wydawał się przekonujący.
 – To  się jeszcze zobaczy – skwitowała Anka.
I się zobaczyło, parę miesięcy później Zośka z niemałym niesmakiem przypinała welon do rudych włosów siostry i z politowaniem patrzyła na Tomasza. Ale wtedy jeszcze nie wiedziała, nie wiedziała, że Tomasz…

A dziś? Zofia pamięta ten dzień jak przez mgłę, to napięcie unoszące się w powietrzu…
Anka i Tomek stojący na środku salonu i ona Zośka chcąca najzwyczajniej w świecie wsadzić swój zmęczony tyłek w fotel i odpłynąć w błogie NIC.
Wprawdzie poprosiła, aby usiedli. Zaproponowała nawet coś do picia. Ale nie, oni stali jak słupy. Stali i zerkali na siebie, tak jakby licytowali się o to, kto przemówi pierwszy. Siostra w tej swojej wytwornej garsonce i szwagier miętolący kieszeń spodni przestępujący z nogi na nogę.
– Usiądźcie wreszcie. – Nienaturalnie niedbałym ruchem wskazała im sofę. – Przecież nie wychodzicie, musimy pogadać, mam nowe wiadomości.
Zośka pomimo zmęczenia nie kryła podekscytowania. Była z siebie taka dumna. Właśnie po wielu trudach – uruchamiając sobie tylko wiadome kontakty – dotarła do namiarów na Doktora Węckiego. Sławny chirurg nie miał sobie równych w leczeniu dzieci podobnych do Poli.
– Poczekaj, poczekaj Zośka, chcemy ci z Tomkiem coś powiedzieć. Długo nad tym myśleliśmy…
– Rozumiem. – Zośka przestawiła kubek z mlekiem w inne miejsce. Nie kryjąc rozczarowaniem pomasowała sobie obolały kark. – Zdecydowaliście się jednak na klinikę w Monachium? – Wiem, że Doktor Węcki nie jest popularny, wiem, że istnieje ogromne ryzyko, ale… Rozumiem, to wasze dziecko, sami musicie podjąć decyzję. Aczkolwiek jestem trochę zawiedziona, gdyż Doktor Węcki to światowej sławy specjalista, i…
Jej słowa odbiły się echem od świeżo pomalowanych ścian i nie napotykając po drodze żadnych przeszkód wróciły z jeszcze większą intensywnością. Słysząc swój głos Zofia pożałowała, że nie starczyło jej czasu na pownoszenie choćby części mebli usuniętych z salonu przed remontem.
 Dzisiaj była taka zajęta. Nienakarmione rybki zapamiętale ocierały się o ścianki akwarium. Przedpołudniowa sprawa sąsiadki Nowackiej zajęła więcej czasu niż Zofia na nią przewidziała. Spóźniła się na próbę w teatrze i Pani Solska po raz kolejny nie omieszkała jej upomnieć. Na rondzie był wypadek i Zofia ledwo zdążyła odebrać siostrzenicę z Ośrodka. Obiecała sobie, że jutro porozmawia o tym z Anną. Od jakiegoś czasu miała bowiem wrażenie, jakby jej świat skurczył się do rozmiarów domku dla lalek. A ona Zośka, stała się motylem nocnym, który obija się o ściany goniąc za migotaniem światła wpadającego nocą przez małe okienka.
Więc może dobrze się stało. Zofia uznała to za znak. – co masz zrobić jutro, zrób teraz – pomyślała – i już otwierała usta, gdy Anna rytmicznie kołysząc biodrami i stukając cieniutkimi jak kredki Poli obcasami, podeszła do regału na którym pośród dziecięcych zabawek stała szkatułka.
– Co to jest? – Anna nie kryła wzburzenia. – Miałaś się tego pozbyć.
– Nie mogłam, coś kazało mi ją zatrzymać.
– Zejdź na ziemię i wyrzuć to, nie wierzysz chyba w te brednie.
– No, nie – zająknęła się Zośka – ale zostało mi tylko to wspomnienie… i może kiedyś Pola – urwała widząc jak Anka gromi ją wzrokiem. – Nie masz czasami wrażenia, że to może się już dzieje? – wybąkała.
 – Jeśli nawet, to ja się wypisuję. Nie ma takich mocy. Wróć z obłoków Zośka, zawsze byłaś taka dziwna. – Anka popatrzyła na siostrę z politowaniem. Ale zdradził ja pulsujący kącik oka. – Czyżby jednak wierzyła – przemknęło Zośce przez myśl. Wstała z kanapy i złapała Ankę za ramię. Siostra odwróciła się. Jej oczy były zamglone i wilgotne. Jak tamtej nocy w grocie…
– Aniu, a jeśli ona  wtedy…

Tomasz zachrząkał i wymownie spojrzał w sufit.

 – O czym ty mówisz do cholery, Zośka! – Anka znów była tą samą zimną Anką twardo stąpającą po ziemi i nie akceptującą innego punktu widzenia, niż ten, który właśnie reprezentowała. Znów na jej twarzy pojawiła się maska zaciętości i Zośka miała wrażenie, że w ciele siostry toczy się jakaś niezidentyfikowana walka. Wyrwała łokieć z uścisku siostry i zwracając się niby to do Zośki, niby do czegoś, czego nie było widać, a co ewentualnie miałoby ją słyszeć wycedziła:
– Nie przyszliśmy tu, aby wspominać dawne czasy – je głos złagodniał.  
– Chcieliśmy cię poinformować…
– Właściwie prosić – nieśmiało dołączył się Tomek.
– No ta – przerwała im Zośka i ponownie usiadła na kanapie. – Pola zasnęła, nie musicie jej dzisiaj odbierać. Jeśli jutro ustąpi gorączka będzie można zrobić tomografię. Powinniście zasięgnąć rady jeszcze jakiegoś lekarza… Zofia przesunęła ponownie niedopity kubek mleka i wyjęła z torebki notes.
Tomasz zamilkł próbując powstrzymać przestępowanie z nogi na nogę, kołysał się jak pingwin, czym wprawiał obie siostry w poirytowanie. Nie wyglądał już jak seksowny szwagier. Zośka zauważyła, że pomimo młodego wieku zniknęły z jego twarzy niegdysiejsze chochliki. Oczy miał zapadnięte a usta jeszcze niedawno nabrzmiałe i wulgarnie wydęte dziś zaciskały się i wykrzywiały w nerwowym tiku.
– No właśnie Zosiu, nie będziemy mogli zabrać Apolonii przez jakiś czas – Wyjeżdżamy!  – Anka przybrała rozbrajający wyraz twarzy, jej ręka uzbrojona w błyszczące brokatem paznokcie co i rusz wędrowała ku misternie upiętej fryzurze. Gotowa na protesty siostry zadarła wyzywająco brodę i szturchańcami prowokowała Tomasza by ją poparł.
– Prawda Tomek? Prawda? – No powiedz coś wreszcie!
Tomek milczał,  jego twarz spurpurowiała, a na skroni tuż obok pulsującej żyłki pojawiała się kropelka potu. Zofia domyśliła się, że przyszedł tu wbrew sobie, że i tym razem przystał na egoistyczną zachciankę swej żony. – Ale to nie moja sprawa – pomyślała wtedy, przyglądając się szwagrowi i przygryzając dolną wargę – tak jak to miała w zwyczaju robić, gdy jej umysł coś bardzo intensywnie przerabiał.
– Wiesz Zosiu, Ania pomyślała, że w naszej sytuacji, no wiesz, yyy.. – Szwagier bełkocząc gubił wątek. – Chcielibyśmy cię prosić… Tomek sięgnął po chusteczkę porzuconą na oparciu krzesła. Zmiął ja w garści i otarł sobie czoło.
 – Ależ tu dzisiaj gorąco. – zakomunikował zmieszany. Podszedł do okna i otwierając je na rozcież usiadł na skraju parapetu. Pokój wypełnił zapach nadchodzącej jesieni zmieszany z wonną nutką drzewa sandałowego i geranium.
– To już ustalone! Tomek dostał kontrakt, ale wiesz, jaki on jest, sam o niczym nie może zdecydować. Obawiał się, że się nie zgodzisz. – nie wytrzymała Anka.
Zapadło krępująca milczenie. Gdzieś z nad Odry dało się słyszeć pomruki cofającej się burzy. Po raz kolejny tego wieczoru pojedyncze krople deszczu zastukały w parapet. Przejeżdżający nieopodal pociąg wprawiając w wibracje powietrze, wypełnił pokój swym stłumionym, głuchym jazgotem. Światło przydrożnej latarni zamrugało i zgasło.  Gwar szykującego się do snu miasta rozwiewał wiatr, który przypominając sobie o swych powinnościach wydął firankę niczym żagiel żaglówki.
– Jak to się nie zgodzę? – Pierwsza nie wytrzymała napięcia Zośka – Na co się nie zgodzę?  – Co wy chcecie zrobić? – Chwileczkę Aniu, bo ja czegoś nie rozumiem! – Zośka wstała z kanapy i usiadła na powrót. Wstała kolejny raz, podeszła do okna i łapiąc Tomka za klapy marynarki wysyczała: – Chcecie wyjechać?  Tak, po prostu! I zostawić mnie z Apolonią samą?
Jej oczy zdradzały wściekłość, jakiej jeszcze nigdy nie dane jej było doświadczyć. Tomasz zachwiał się. Próbując wyswobodzić się z jej uścisku przewrócił doniczkę, która z wielkim rumorem spadła na podłogę roztrzaskując się na kawałki. Zaskoczony własną reakcją otwierał i zamykał usta przypominając tym wyciągniętą z wody rybę.
– Zośka proszę cię, przecież wiesz, że tyko ciebie mamy, tylko tobie możemy zaufać…. – Podbiegając do siostry i łapiąc ją za nadgarstki, Anna próbowała załagodzić sytuację.
– Jesteście nienormalni! – tarmosząc Tomka, nie ustępowała Zośka.
Nagle, gdzieś z krzaków pod kamienicą dało się słyszeć szamotaninę i prychanie przestraszonego kota. Światło ślepej latarni zamrugało i zapłonęło mdłą poświatą. Na murze naprzeciwległej kamienicy pojawiły się dwa cienie.  Prześlizgnęły się  niczym języki smakujące lodowy deser i znikły zlewając się z mrokiem.
– Nieee! – wykrzyknęła Zośka, ni to w twarz Tomasza, ni w gardziel okna. Jej głos zachrypiał i odbił się echem od ścian salonu. Słysząc to, rozluźniła uścisk.
 – Nieee! To nie dzieje się naprawdę!
Tomasz korzystając z chwilowej dekoncentracji szwagierki jednym szarpnięciem wyswobodził poły swojej markowej marynarki. Jednocześnie robiąc unik przed ciosem jaki niewątpliwie wylądowałby na jego twarzy, osunął  się na krzesło niefortunnie wyrosłe za jego plecami.
– Oszalałaś! – Jęknął, łapiąc jej rękę. – Przecież możemy najzwyczajniej w świecie o tym porozmawiać.
– Ależ Zośka, tego się po tobie nie spodziewałam. – Anna zrobiła urażoną minę i gładząc nieistniejące fałdki na spódnicy, podniosła zadziornie głowę. Poczym obejrzała swoje wypielęgnowane dłonie i wydeklamowała :
– Że wyjeżdżamy, to już postanowione. Nikt i nic tego nie zmieni. A ty Zośka możesz się z tym zgodzić, lub nie. Już mnie to nie interesuje. Pomyśleliśmy, że zamiast zostawiać Apolonię w ośrodku ty mogłabyś zrobić wreszcie coś dobrego dla rodziny. Nie masz swoich dzieci i nie zanosi się na to byś je kiedykolwiek miała. Odstraszasz facetów jak dżuma. Nawet Heniek nie wytrzymał tej twojej oziębłości. A poza tym, tak się wkręciłaś w ten kiczowaty balet, że ktoś wreszcie powinien sprowadzić cię na ziemię. A któż to może zrobić lepiej niż starsza siostra, prawda?
– Co ty bredzisz ?  Pola was potrzebuje, ja nie zastąpię jej rodziców, nie dam rady!
– Taaak? Mogłaś pomyśleć o tym wcześniej. – Wysyczała Anna zrzucając z półki drewnianą szkatułkę.  – Mam dość, ona już inna nie będzie i ty o tym dobrze wiesz! Mam ci sporo do zawdzięczenia kochana siostrzyczko, nieprawdaż?  Gdybyś wtedy nie była taka pruderyjna wszystko potoczyłoby się inaczej…
– Dziewczyny, o czym wy mówicie?
Obie jednocześnie spojrzały w stronę Tomka. Klęczał na podłodze. W jednej ręce trzymał naszyjnik, w drugiej szkatułkę z zwisającym bezładnie wiekiem. Obie jednocześnie doskoczyły do niego. Zofia wyrwała mu wisiorek. Włożyła go do skancerowanej szkatułki i z trzaskiem zamknęła wieko. Z wściekłością spojrzała na Ankę.
 – Zawsze byłaś nieodpowiedzialna i szybko się nudziłaś zabawkami. Miałam nadzieję, że tym razem będzie inaczej! Pomyliłam się.
 – I kto to mówi,  zepsuta stara panna kręcąca piruety? Pamiętaj, kiedyś obudzisz się i będziesz całkiem sama. – Wypaliła Anka wzruszając ramionami.
 – O co w tym wszystkim chodzi?
 – Nieważne, nie wtrącaj się do tego! Zośka już dobrze wie. Jeśli nie weźmie na siebie części zobowiązań Apolonia spędzi resztę życia w ośrodku.  Moja cierpliwość się skończyła. Mam zamiar korzystać z życia, jak normalna kobieta.
Za ścianą dał się słyszeć płacz dziecka. Tomasz wyciąga ręce z kieszeni. I już miał ruszyć w stronę niedomkniętych drzwi do sypialni, gdy napotykał na  piorunujące spojrzenie żony.
 – Ani się waż! –  I tak już za dużo zrobiłeś. Sarkazm Anny zawirował  w powietrzu. – Wychodzimy  – zakomenderowała Anna.
Nie oglądając się za siebie ruszyła w stronę wyjścia.  Tomasz bez słowa ociągając się i człapiąc zrobił to samo.

Zofia stała przez chwilę nie mogąc się zdecydować, czy ich zatrzymać, czy zająć się płaczącą Polą? W końcu weszła do sypialni. 
– Ciiii kochanie, to był tylko koszmarny sen.

Wtedy ostatni raz widziałam Anię i Tadzika – myśli Zofia i uśmiecha się smutnie. Na dworze wciąż pada deszcz. Po upalnym dniu nie pozostało śladu.
 Naraz drzwi wejściowe otwierają się i do mieszkania niczym torpeda wpada dziewczyna. Śpiący pies zrywa się i skacząc radośnie wita swą panią. Pola łapie go za szyję i wtula oblepioną mokrymi strąkami włosów twarz w sierść szczęśliwego zwierzaka.  Po chwili obraca się w stronę okna i robi piruet.
 – Ciociu, ciociu..! – prawie piszczy, podekscytowana – nareszcie…
 – Co nareszcie? – Zofia podnosi głowę i pośpiesznie usuwa krzesło z drogi Poli.
– Dostałam rolę, ciociu, pożyczysz mi swoje baletki na szczęście?

Podbiega do zaskoczonej ciotki i łapiąc ją w pół zaczyna tańczyć. Firanki łopoczą w niedomkniętym oknie. Na dworze już tylko siąpi. Gdzieś za ścianą ktoś na gitarze gra cygańską pieśń. Pokój na chwilę staje się sceną. Pola wyjmuje z plecaka żółtą różę i chwytając jej łodyżkę zębami podaje ją cioci. Zofia opada na krzesło ciężko dysząc.

– Dla takiej chwili było warto – myśli.

Klaszcząc wystukuje siostrzenicy rytm. A Pola kręci piruet po czym kłania się i kłania… 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Dziękuję, za każde słowne ziarenko, które tu zostawiasz.