Niewidzialne światy. Dzień Dziecka na Plantacji Słów i narodziny nowej pozycji przygodowej D.E.O.

Dzień Dziecka to magiczny czas, kiedy przypominamy sobie, że najważniejsze w życiu jest to, co niewidoczne dla oczu. Na mojej „Plantacji słów” rosną nie tylko dorosłe liryki i zmysłowe wiersze. Dzisiaj, w to wyjątkowe święto, zrzucam kurtynę tajemnicy i oficjalnie wprowadzam na salony moją nową pozycję prozą!

Marka D.E.O. otwiera swoje serce na najmłodszych (i tych całkiem dorosłych) czytelników. Przedstawiam Wam zapowiedź mojej nadchodzącej książki: „Luśka i świat w kolorze tęczy”.
To nie będzie zwykła bajka. To pełna przygód, humoru i głębokiej empatii opowieść o Gabrysiu – ośmioletnim chłopcu z Wrocławia, który po wypadku widzi świat tylko jako rozmytą plamę światła, oraz o... Luśce. Luśka (oficjalnie Luiza Wait) to biała laska dla niewidomych, która leży zapomniana pod stertą starych gazet i uważa się za dumną, choć nieco kościstą matronę.
Dedykuję tę opowieść wszystkim dzieciom, które budują swoje bezpieczne królestwa w świecie wyobraźni. Przeczytajcie przedsmak tego, co dla Was szykuję... 

ROZDZIAŁ 1: Prasówka pod stertą gazet

Przedstawiam wam damę jakich mało. Smukła, można by nawet rzec: chuda i trochę koścista. Jej uroda była lekko anemiczna, blada, z domieszką różnokolorowych otarć, pęknięć i delikatnych rys, choć trzeba przyznać, że dawniej często przyozdabiał ją rumieniec szczęścia. Dama ta, niezwykle nieokiełznana w sprawach lekkich, w momentach wielkiej wagi natychmiast przybierała pozę stanowczej, nieugiętej matrony. Jeśli chodziło o bezpieczeństwo osoby towarzyszącej, gotowa była poświęcić własną nogę, byleby tylko ustrzec delikwenta przed wpadką i wpakowaniem się w tarapaty.

Była stanowcza i uparta. Miała swoje zasady, na które partner musiał brać sporą poprawkę. Z głową w chmurach, lecz nogą twardo stąpającą po ziemi, często pakowała się w kłopoty. Była szalona — ale tylko trochę. Z drugiej strony: rozważna i przewidująca. Taki cudaczny wachlarz sprzeczności.

Na imię miała Luśka. A właściwie: Luiza Wait. Taką oficjalną tabliczkę przytroczono jej niegdyś do rękojeści. Luiza Wait narodziła się w głowie pewnego niewidomego człowieka ładnych parędziesiąt lat temu. Od tamtej pory miała tyle przygód, że nie sposób ich zliczyć na paluszkach tysięcy dzieci.

Nasza Luśka była wyjątkowa. Zaczarowana… a może raczej rozczarowana, gdyż moce czarodziejskie tak jakby ją na ten moment opuściły. Od wielu lat mieszkała w domku z czerwonym dachem. Znała tu każdy zakamarek, każdą nierówność ścieżki i grządkę w ogrodzie, choć te ostatnie eskapady kończyły się zwykle burą od mamy Piotra. Piotr był jej największym przyjacielem i towarzyszem podróży. Ech, gdyby tylko mogła wydostać się spod tej sterty starych gazet, pod którą leżała od kilku miesięcy, znów ruszyliby razem zwiedzać świat! Niestety, została porzucona.

Z tej głębokiej zadumy i użalania się nad sobą, pewnej słonecznej niedzieli, wyrwał ją piskliwy głos myszy:
— Trzeba się ewakuować! Nadjeżdżają, nadjeżdżają…
— Kto nadjeżdża? — Luśka poruszyła zdrętwiałą nogą, aż wierzchnia gazeta osunęła się, odsłaniając serduszko naklejone na rękojeści przez Piotra w podzięce za dawną wycieczkę do Warszawy.
— Nadjeżdżają! — piszczały myszy, jedna przez drugą. — Słyszałyśmy, jak Łepetyna, ten mieszaniec labradora od sąsiadów, szczekał Reksiowi, temu od Zuzi, co przynosi ciastka Zeusowi, temu od Wojtka, co ma kota Ramzesa i szczurka Ogórka! Szczekał, że jakaś nowa rodzina chce tu zamieszkać! Trzeba opuścić ten tonący okręt!
— Jaki tonący okręt? Co z wami? — żachnęła się Luśka. — Piotr nie pozwoli tu nikomu zamieszkać. Co za brednie!
— Ocknij się, Luśka! — pisnęła najstarsza mysz. — Gdzie jest Piotrek? Ta prasówka chyba uderzyła cię w głowę. Leżysz tu od pół roku i nie zauważyłaś pajęczyn na suficie? A mówili, że kawał świata zwiedziłaś. Ponoć podróże kształcą… A ty taka światowa, a nie widzisz, że dom jest pusty!


ROZDZIAŁ 2: Chłopiec, który polubił plamy

Dorośli zawsze stawiali na swoim. Mimo że protestował i tupał nogami, oni wiedzieli lepiej, co będzie dla niego dobre. Tym razem było tak samo. Decyzja o przeprowadzce zapadła bez jego udziału. Założyli, że ośmioletni Gabryś i tak będzie na „nie” przeciwko całemu światu, więc po prostu nie zapytali go o zdanie.

Więc odpuścił. Wycofał się do swojego bezpiecznego świata wyobraźni, gdzie zawsze miał rację. bo co może zrobić ośmioletni chłopiec, kiedy cała rodzina postanawia zmienić jego życie?

Dom z czerwonej cegły zamajaczył za ścianą wiekowego lasu. Stare dęby, poprzetykane lipami i grabami, robiły nieziemskie wrażenie. Krajobraz za oknem starego Opla zmieniał się gwałtownie. Przyzwyczajona do wrocławskich blokowisk rodzina Leśniewskich z zachwytem chłonęła tę zieleń.

Wiewiórka! — pisnęła Laura i trąciła brata w ramię.
W odpowiedzi usłyszała tylko obojętne sapnięcie. Gabryś opierał głowę o szybę, nie zwracając uwagi na to, że auto co chwilę podskakuje na wybojach. Nie był szczęśliwy, nie był też zły. Po fali buntu przyszedł czas na nicniemyślenie. Zwykle potrzebował kilku tygodni, by uznać nowe miejsce za bezpieczne. Do tego rodzice wymyślili sobie „spokojną okolicę”. Spokojna okolica była ostatnią rzeczą, jakiej potrzebował. On, Gabryś, był przecież blokersem!

To przecież nie jego wina, że dwa lata temu na jego znajomej, bezpiecznej dzielnicy doszło do wypadku. To nie jego wina, że pijany kierowca wjechał na pasy, gdy wracał z mamą z przedszkola. I to na pewno nie była jego wina, że od tamtej pory nie widział już niczego... oprócz rozmytej plamy światła.

Zbliżamy się do uroczyska! — zażartował tata, zdejmując nogę z gazu.
Samochód przeprowadzkowy chwiał się na drodze, a paprocie w rowie rozkładały zielone pióropusze jak pawie. W radiu cicho ostrzegano przed nadciągającą burzą.
— To będą niezapomniane wakacje — rozmarzyła się mama Ania.
— Nie mogę doczekać się nowej szkoły, tu jest fantastycznie! Bolek będzie zachwycony! — Laura kontynuowała swój monolog, ignorując milczenie brata. — Na razie nikogo nie znam, ale w szkole poznam fajne dzieciaki…
— Koledzy znajdą się we właściwym czasie, Lauro. Najpierw się wprowadźmy — uśmiechnęła się mama, otwierając drzwi samochodu. — Bolek, zejdź z drogi, bo nadepnę na twój ogon!

Auto przeprowadzkowe stanęło na podjeździe. Tata wysiadł, spojrzał w stronę ogromnego okna tarasowego i zawołał ze śmiechem:
— O, patrzcie! Jakaś wielka łepetyna wygląda z okna! To chyba pies. Został po poprzednich właścicielach?

W tym samym czasie, za szybą, pod stertą zakurzonych gazet, Luiza Wait po raz pierwszy od pół roku poczuła, jak serduszko na jej rękojeści zaczyna delikatnie pulsować. Nowy towarzysz podróży właśnie przekraczał próg domu. Jeszcze nie wiedział, że ta obdrapana, ośliniona przez psy laska, którą tata wkrótce wykorzysta do drapania się po plecach i wyciągania zabawek spod tapczanu, stanie się jego kluczem do całego świata.

Cdn.

Zostańcie ze mną na Plantacji, bo od dziś piszemy wierszem... i prozą!
D.E.O.

Komentarze